Islandia – w krainie lodu i ognia

Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku Islandia była krajem stosunkowo biednym, nierozwiniętym, z prymitywną gospodarką. W ciągu kilkudziesięciu lat całkowicie zmieniła swoje oblicze stając się państwem bogatym, oferującym wysoki standard życia. Wciąż jednak Islandię charakteryzuje bardzo mała gęstość zaludnienia, olbrzymie, dzikie, niezamieszkałe przestrzenie, brak zanieczyszczeń, energia w całości pochodząca ze złóż geotermalnych, woda pitna prosto z lodowców i owce wypasające się na łąkach nietkniętych nawozami sztucznymi.

Prawie połowa wszystkich mieszkańców kraju mieszka w Reykjaviku i okolicach, gdzie warunki do życia są najlepsze. Reszta wyspy jest raczej niegościnna. Bardzo dużą jej powierzchnię stanowią lodowce, które sąsiadują tutaj z wulkanami, gorącymi źródłami i gejzerami.

Właśnie tam trafiłem w październiku 2015 roku na swoją pierwszą, większą wyprawę.

Jak się tam dostać?

Samolotem, proste.

Islandia ma tylko jedno międzynarodowe, turystyczne lotnisko: koło miejscowości Keflavik, 50 km od Reykjaviku. Wraz ze wzrostem popularności tego kierunku wzrosła też liczba połączeń. Obecnie do Keflaviku można dolecieć z Gdańska, Poznania, Wrocławia, Warszawy i Katowic. Cena takiej przyjemności oczywiście zależy od terminu wyjazdu, od tego o ile wcześniej zarezerwujemy lot i czy trafimy na jakąś promocję. Tak czy siak, koszt przelotu w jedną stronę z dużym bagażem nie powinien być większy jak 500 zł.

Islandia nie należy do Unii Europejskiej, ale należy do Schengen, a to oznacza, że jedyne co jest potrzebne, by zostać przepuszczonym przez granicę, to dowód osobisty.

Keflavik. Lotnisko.
Keflavik. Lotnisko.

Kiedy jechać?

Ja byłem w październiku i nie było źle. Jak w zegarku, słońce wstawało o 8 rano, a zachodziło o 18. Przy czym każdego kolejnego dnia było czuć, że jest on krótszy od poprzedniego o dobrych kilka minut. Trzeba też pamiętać, że słońce wschodzi i zachodzi bardzo szybko. Dosłownie kilka minut mija od momentu gdy jest jasno do zupełnych ciemności. Jeżeli więc ktoś lubi robić zdjęcia zachodom słońca musi robić to szybko 🙂

Temperatura była mocno zmienna. W ogóle pogoda na Islandii jest mocno zmienna. Nie mogę zatem napisać, że mieliśmy cieplejsze i chłodniejsze dni, raczej, że mieliśmy cieplejsze i chłodniejsze chwile. Na południowym wybrzeżu temperatura dobijała czasami nawet do 15-16°C, z kolei na północy było wyraźnie zimniej. Szczególnie, jak dorwała nas w pewnym momencie śnieżyca, która pojawiła się kompletnie znikąd, a całkowicie sparaliżowała nasze plany i sprawiła, że musieliśmy spędzić noc w aucie, wtedy było 0°C.

Ale wracając do pytania, kiedy jechać? Uważam, że latem. Są dwa miesiące stricte turystyczne: lipiec i sierpień, wtedy jest najcieplej, przez całą dobę jest jasno (co podobno sprawia, że ludzie są przemęczeni, bo nie mogą się wyspać), śnieg nigdzie nie zalega, wszystko na wyspie kwitnie i ponoć jest wtedy najładniej. W tych dwóch miesiącach są otwarte trasy górskie w głębi wyspy, więc można sobie pohasać trochę bardziej. Niestety, najlepsza pogoda oznacza, że jest też najwięcej turystów. Nie sprawdzałem tego na własnej skórze, tylko z opowiadań wiem, że w tym okresie może być ciężko o znalezienie noclegu, a i samotne obcowanie z naturą może być zakłócone przez tłumy ludzi z aparatami, cóż… coś za coś.

Przed wyjazdem

Do wyjazdu trzeba się odpowiednio przygotować. Jeśli chodzi o ubranie to warto zabrać zarówno koszulkę z krótkim rękawkiem, jak i grubą kurtkę i koniecznie coś przeciwdeszczowego. Przyda się.

Bardziej mi jednak chodzi o coś zupełnie innego: o kartę kredytową. Okazuje się, że bez karty ciężko jest cokolwiek załatwić. Po pierwsze nie da się wynająć samochodu, po drugie baaaaardzo ciężko zarezerwować nocleg (nie mówię, że jest to niemożliwe, ale mi się nie udało). Karta przydaje się też na stacjach benzynowych. Szczególnie poza Reykjavikiem dużo stacji benzynowych jest samoobsługowych, nie ma absolutnie nikogo z obsługi, a płatności dokonuje się właśnie kartą i to tylko i wyłącznie kredytową! Oczywiście, próbowałem płacić zwykłą debetówką, ale niestety nie banglało.

Stacja benzynowa Olis.

Pierwsze chwile

Warto wspomnieć, że nie wybrałem się tam sam, tylko razem z kolegą. Ponieważ nie miałem wcześniej doświadczenia w zwiedzaniu innych krajów, to w trakcie organizacji tej wyprawy popełniłem parę błędów. Po pierwsze, ustaliłem, że naszą bazę wypadową będzie stanowił Reykjavik i stamtąd dzień w dzień będziemy wyruszać na zwiedzanie. Nie było to może aż tak złe, bo przynajmniej spaliśmy w ciepłym miejscu i mogliśmy się normalnie wykąpać, ale trzeba było wstawać o 6 rano, no i na paliwo też poszło sporo pieniędzy, ale po kolei…

Po wylądowaniu na lotnisku wzięliśmy nasze walizki i ruszyliśmy piechotą do Keflaviku. Następnego ranka mieliśmy tam odebrać samochód, więc nie było powodu, by jechać do stolicy. Pierwszą noc spędziliśmy w gueshousie Fit, przy okazji po raz pierwszy stykając się z olbrzymim zaufaniem Islandczyków. Otóż recepcja w tym guesthousie to był po prostu telefon. Oczekiwałem, kogoś kto będzie pilnował miejscówki, da mi klucz, pokaże pokój, a tam po prostu telefon i numer napisany na kartce obok. Należało pod ten numer zadzwonić, wtedy bardzo miły pan przez telefon (!) sprawdzał dane osobowe, stwierdzał, że faktycznie jest opłacona rezerwacja na takie nazwisko, po czym zaczynał tłumaczyć, że należy się odwrócić, tam wisi taka szafka z kluczami, należy sobie jeden z tych kluczy wziąć i poszukać pokoju, którego numer odpowiada numerkowi na kluczu. Poza tym miejscówka naprawdę spoko, nie było może jakoś super czysto i nowocześnie, ale stosunek jakości do ceny uważam za jak najbardziej ok. W środku oczywiście wspólna kuchnia, w której był zapas podstawowych rzeczy, jak cukier czy herbata, z których można było korzystać. No i oczywiście całkiem spory jadalnio-salon z dużą biblioteką książek w różnych językach. Udało nam się znaleźć nawet jeden numer National Geographic po polsku!

Fit guesthouse
Fit guesthouse – pokój wspólny.

Samochód

Następnego dnia rano odbiór samochodu. W Internecie można znaleźć wiele artykułów, że jak podróżować po Islandii to trzeba mieć potężny samochód, bo tam są same wertepy. Bullshit! Ale o tym później. Nas te relacje trochę wystraszyły, więc zdecydowaliśmy się na wynajem auta trochę terenowego, ale bez przesady, tak, żeby nasza kieszeń to wytrzymała. Skorzystaliśmy z usług firmy arctic.is. Oczywiście nie dostaliśmy tego, co chcieliśmy, trafił nam się Nissan Qashqai, a za 12 dni zapłaciliśmy ok. 2000 zł. Szczerze powiem, że był to jeden z fajniejszych samochodów jakimi jeździłem, do tego stopnia, że długo rozważałem, czy nie wymienić swojej Octavii na Qashqaia. Jednakże wynajem takiego auta to była spora przesada, praktycznie wszędzie dałoby się dojechać zwykłą, małą osobówką. Drogi na Islandii są w bardzo dobrym stanie, a atrakcji, do których nie da się dojechać asfaltem kojarzę tylko dwie. Zresztą w obu przypadkach droga i tak jest na tyle dobra, że 4×4 jest nieprzydatne.

Nissan Qashqai

Islandczycy są bardzo punktualni i bardzo sobie cenią swój czas. My mieliśmy samochód odebrać o 8 rano, więc o 8:02, facet do mnie zadzwonił z pytaniem gdzie jestem i czy jeszcze długo musi czekać 🙂 Ostatecznie jednak firmę arctic.is bardzo polecam. Ponownie odwołuję się do różnych relacji, na jakie można trafić w Internecie. My z naszym samochodem nie mieliśmy żadnego problemu, a jego zwrot też przebiegł całkowicie bezproblemowo. Facet tylko pobieżnie oglądnął z zewnątrz, zapytał skąd jesteśmy, gdy powiedzieliśmy, że z Polski, to stwierdził, że nie ma co dalej oglądać, bo Polacy nigdy mu auta nie popsuli więc nam ufa.

Przy wynajmie samochodu warto jednak zwrócić uwagę na ubezpieczenie. I znów: w Internecie często (bardzo często) można spotkać się z opinią, że wynajmując samochód na Islandii należy wykupić ubezpieczenie przynajmniej od odprysków na szybie. Bądźmy szczerzy, ile razy w Polsce zdarza się sytuacja, że jakiś kamień trafi w szybę i ją uszkodzi? Długo się wahaliśmy, ale ostatecznie wykupiliśmy to ubezpieczenie i całe szczęście! Kamieniami po szybach dostaliśmy parę razy, kilka z nich spowodowało trwałe odpryski. Ponoć wartym wykupienia jest też ubezpieczenie od zniszczeń lakieru. Przydaje się to szczególnie, gdy wieją silne wiatry i miotają pyłem wulkanicznym. Tego ubezpieczenia my jednak nie wykupiliśmy, ale na szczęście nie mieliśmy przykrych incydentów z tym związanych.

Reykjavik

Znaleźć nocleg w Reykjaviku za mniej niż 100 zł za dobę od osoby jest prawie niemożliwe. W ogóle jestem zaskoczony, bo z czystej ciekawości, przed chwilą sprawdziłem jakie są obecnie ceny i cóż… Najtaniej znalazłem za 180 zł… No to w 2015 było troszkę taniej… My płaciliśmy właśnie nieco ponad 100 zł, a nocowaliśmy w Igdloo Guesthouse. Bardzo przyjemne miejsce, w miarę blisko centrum. Jest to dom, w którym mieszka cała rodzina i 2 piętra  + piwnicę ma przeznaczoną na wynajem. W środku kuchnia do wspólnego użytku, łazienka. Przed domem 3 albo 4 miejsca parkingowe. Rodzina też bardzo sympatyczna, mocno zainteresowana tym skąd pochodzimy i jak nam się podoba. Co ciekawe, byli bardzo zdziwieni, że nie mówimy po rosyjsku. Córka pana domu, chciała się pochwalić, że w szkole nauczyła się języka naszego wschodniego sąsiada, no cóż… nie wyszło 🙂

Samo miasto jest bardzo ładne, nie ma tam żadnych wieżowców. Ups! Chyba muszę cofnąć, to co napisałem. Gdy byłem w Reykjaviku w 2015 r. budowano właśnie pierwsze wieżowce, zatem w momencie, gdy piszę te słowa pewnie już jakieś stoją. Miasto bywa mocno zakorkowane, ze znalezieniem miejsca do zaparkowania jest ciężko, bo zabudowa jest dość ciasna, a co za tym idzie, ulice nie są zbyt szerokie. Wciąż jednak atmosfera stolicy jest…hmmm.. wyjątkowa.

Centrum Reykjaviku.

Podróżowanie

No właśnie. Jak jeździć po Islandii? Nie ma tam ani jednego pociągu. Komunikacja miejska jest głównie w Reykjaviku i też raczej nieprzesadnie rozbudowana. Pomiędzy miastami kursują co prawda jakieś autobusy, ale rzadko, a różne atrakcje są przecież z dala od jakichkolwiek zabudowań. W praktyce bez wynajętego samochodu jest ciężko.

Cała Islandia ma jedną „autostradę”, jest to droga nr. 1, dookoła wyspy. Jest ona w bardzo dobrym stanie, cała wyasfaltowana. Ponadto w Reykjaviku i okolicach, a także w rejonie Golden Circle, stan dróg jest naprawdę świetny. Trzeba jednak pamiętać, że nie ma tam pobocza, a skraje drogi kończą się na ogół przepaścią o głębokości nawet do 2 metrów, tak czy siak, asfaltem da się dojechać praktycznie do każdego ważniejszego czy ciekawszego miejsca. Jednakże, szczególnie poza miesiącami letnimi, zdarza się, że warunki na drodze stają się nieznośne, a wręcz niektóre drogi mogą być całkowicie zamknięte. Na szczęście Islandia ma bardzo dobrym system informowania o różnych zagrożeniach. Polecam tutaj stronę road.is. Tam też można znaleźć podgląd z kamer z różnych części kraju, tym samym można samemu przekonać się, czy jest już śnieg, czy jeszcze nie.

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo i zasady panujące na drodze, bardzo dobrze prezentuje to poniższy film:

 

A co z centrum wyspy? No i tu jest lipa. Centrum to praktycznie tylko i wyłącznie lodowce i off-road. Nie ma tam żadnych dróg, co więcej, samemu nie można tam wjechać samochodem. Na Islandii działają firmy, które organizują wypady w głąb wyspy. Jedzie się wtedy oczywiście wielkimi terenowymi samochodami i oczywiście to trochę kosztuje.

Na lodowiec też samemu wchodzić nie można, mimo iż to strasznie kusi. Jednak jest to zabawa mocno niebezpieczna, a w okolicy zazwyczaj nie ma nikogo, kto mógłby ewentualnie usłyszeć nasz krzyk. I tutaj również są firmy oferujące wyprawy na lodowiec. Można nawet przelecieć się helikopterem i popodziwiać to cudo z lotu ptaka, ale ceny przyprawiają o zawrót głowy. Lot helikopterem to wydatek minimum kilku tysięcy złotych, a najczęstsze oferty wymagają wydania nie kilku a kilkunastu tysięcy złotych.

Szlaki turystyczne

Wiecie jak wyglądają szlaki na Islandii? Na starcie jest tabliczka z napisem „panie turysto, tam, 2 kilometry”. Byłoby ok, gdyby co kawałek był jakiś znak albo pomalowany kamień albo chociaż wydeptana ścieżka, ale nie… W efekcie zgubić się to żaden problem. Tym bardziej, że nawet jeżeli chcesz iść równe 2 kilometry w danym kierunku, to nie zawsze się da. Pamiętajmy, że jest to teren wulkaniczny, a więc często idzie się przez pola zastygłej lawy, co oznacza, że idzie się po dość ostrych, często chwiejących się, głazach. W praktyce czasami trzeba delikatnie odbić, by ominąć jakąś przeszkodę, a im więcej się odbija tym trudniej wrócić na dobrą drogę.

Typowy szlak na Islandii
Typowy szlak na Islandii.

Bezpieczeństwo

Tutaj absolutnie nie ma się o co martwić. Dzikich, groźnych zwierząt tam nie ma, a i ludzie są przyjaźnie nastawieni i nie ma się co obawiać, że nas ktoś napadnie lub okradnie. Tylko brak zdrowego rozsądku może być groźny. Jeżeli ktoś bez doświadczenia wybierze się w samotną podróż po lodowcu, może już z niej nie wrócić.

Trochę przytłacza bardzo mała gęstość zaludnienia. Na Islandii za bardzo duże miasto uznaje się już pipidówkę z 5 tysiącami mieszkańców. Odległości pomiędzy poszczególnymi miejscowościami są spore. Czasami można jechać nawet i 100 km i trafi się po drodze tylko na 2-3 pojedyncze domki. Ruch na drodze numer 1  jest baaaaardzo mały. Możesz sobie stanąć przy drodze i czekać i czekać i czekać… i może w końcu jakiś samochód przejedzie. To sprawia, że ma się trochę takie poczucie, że jeżeli coś ci się stanie, to nie ma absolutnie nikogo, kto by ci pomógł. Jeżeli będziesz mieć wypadek gdzieś przy drodze, to możliwe, że będzie trzeba poczekać ze 3 godziny zanim ktoś cię zauważy, a do tego czasu możesz już nie żyć. To trochę daje do myślenia i zniechęca do zbytniego szarżowania.

Ostrzeżenie przed wchodzeniem na lodowiec.

Jedzenie

Kuchnia islandzka nie jest jakoś szczególnie wyszukana. W sklepach znajdziemy praktycznie te same produkty, co mamy w Polsce. Co ciekawe, znajdziemy też dosłownie nasze rodzime produkty, np. nasze polskie Price Polo jest najbardziej popularnym waflem na Islandii, ponoć swego czasu był na niego naprawdę duży szał.

Jak na tak wielkiego eksportera ryb przystało, w restauracjach królują właśnie ryby. Tradycyjnym daniem islandzkim jest, według przewodników turystycznych, hakarl, gnijący rekin. Nie jedliśmy, ale pytaliśmy miejscowych jak smakuje i tutaj niespodzianka! Okazuje się, że niby taka tradycyjna potrawa, a z ludzi, z którymi rozmawialiśmy, chyba tylko jedna osoba przyznała, że jadła i to tylko raz w życiu. Podobnie z wielorybami. Chociaż tutaj już częściej słyszeliśmy, że ludzie próbowali, ale jakoś zachwyceni nie byli. My też spróbowaliśmy, rewelacji nie było. Mój kumpel, który uwielbia ryby, stwierdził, że była to jedna z gorszych jakie jadł. To mięso trochę przypominało steka, w smaku wyczuwało się trochę wątróbkę, ale nie drobiową, tylko wieprzową, bo gorsza.

W Internecie można też często znaleźć informacje, że mięso maskonura jest również bardzo popularne i mega smaczne. Może październik to nie był dobry moment, bo w całym Reykjaviku znaleźliśmy tylko jedną (!) knajpę, gdzie można było tego spróbować i to nie jako danie, tylko jako przystawka. Szczerze? Okropieństwo. Ohyda. Dramat. To co dostałem na talerzu było strasznie żylaste i smakowało jak stara opona od traktora, a przynajmniej tak mi się wydaje, że stara opona może tak smakować.

Tradycyjne islandzkie dania to są też barania głowa i baranie jądra. Nigdzie tego nie widzieliśmy (może są w jakiś super drogich restauracjach, ale te omijaliśmy) i nie próbowaliśmy, zresztą nawet jakby była okazja, to nie wiem czy bym chciał. To tyle jeśli chodzi o tradycyjną kuchnię, o której można przeczytać w przewodnikach.

Islandia szczyci się tym, że ma najczystszą wodę na świecie. Ponoć kupowanie wody butelkowanej jest tam kompletnym idiotyzmem, bo w kranie woda leci znacznie lepszej jakości. Może i tak, ale ta woda śmierdzi zepsutymi jajami! To jest akurat zapach, który na Islandii towarzyszy cały czas. Spowodowany jest dużą obecnością siarki i siarkowodoru. Przez to też, ta woda jest średnio smaczna. Nie wiem, może trzeba coś z nią zrobić, żeby ten zapach i smak zabić… Zawsze też po kąpieli czułem, że śmierdzę jeszcze bardziej niż przed. Ponoć kwestia przyzwyczajenia.

Żeby jednak nie było, że wszystko jest fuj i be… Wiadomo, Islandia owcami stoi, jest ich tam 4 razy więcej niż ludzi. W restauracjach większość dań to też baranina. I to koniecznie trzeba spróbować! W Akureyri, w restauracji Greifinn zamówiliśmy sobie właśnie baraninę. Nie wiem, czy byłem paskudnie głodny i dlatego tak mi smakowało, ale serio, była to jedna z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek jadłem. To akurat polecam z czystym sercem, do tego stopnia, że byłbym gotów ponownie wsiąść w samolot i polecieć tam tylko po to, by znowu się najeść.

Najlepsza baranina na świecie!

Jest jeszcze jedna rzecz, która mi smakowała: islandzki jogurt Skyr. Może aż tak bardzo czterech liter nie urywa, ale jest całkiem niezły. Nie trzeba jednak jechać na Islandię, by się o tym przekonać, ostatnio zauważyłem, że można go już kupić w Biedronce.

Skyr

Jeśli chodzi o alkohol, to fajną pamiątką może być wódka Brennivin. Mówi się o niej „Czarna Śmierć” z powodu charakterystycznej, czarnej etykietki, która, według urzędników, miała zniechęcać do picia alkoholu. Oczywiście, skutek był całkowicie odwrotny, a Brennivin stało się bardzo znaną marką. Ja żałuję, bo nie spróbowałem, niestety, ceny mnie skutecznie odstraszyły 🙂

I na koniec mała ciekawostka: na Islandii nie widzieliśmy ani jednej budki z kebabem <szok>.

CENY!!!

No właśnie… Największa wada Islandii? CENY!!! W momencie, gdy piszę te słowa, mam już za sobą wizyty w 17 krajach, w tym w takich, które uchodzą za bogate i, co za tym idzie, drogie jak np. Szwecja czy Szwajcaria. Nigdzie jednak nie spotkałem się z takimi cenami jakie są na Islandii. Jeśli chodzi o zwykłe jedzenie ze sklepów, to najlepiej swoje nogi kierować do supermarketów Bonus. To jest taki trochę odpowiednik naszej Biedronki. Bonusa można spotkać w większych miejscowościach i cenowo jest najkorzystniejszy. Oznacza to, że ceny tam są ok. 2-3 razy większe niż w Polsce. Powiedzmy, że da się przeżyć, ale ile można jechać na samych bułkach?

Supermarket Bonus

Niestety, na jedzenie w knajpie mogą sobie pozwolić tylko najbogatsi. Warto jednak się przejść choć raz, żeby spróbować jakiś lokalnych specjałów. Wizyta w restauracji to jednak wydatek minimum 200 zł za obiad. Serio. Jeżeli chcesz coś do picia, to już spokojnie zapłacisz od 240 zł w górę. Za osobę, oczywiście! Maskonur w formie przystawki kosztował mnie 80 zł, a było to 8 cieniuteńkich plasterków mięsa i nic więcej. Jednego dnia dość długo krążyliśmy po Reykjaviku w poszukiwaniu jakiegoś taniego lokalu. Najtańsze, co znaleźliśmy to była pizza za 70 zł, ale nie był nigdzie podany rozmiar, więc, porównując do innych lokali, mamy przypuszczenie, że to mogło być 70 zł za kawałek 😀

Pamiątki też są skrajnie drogie. Ja miałem bardzo wielką ochotę kupić rodzicom wełniane kapcie albo jakiś sweter z wełny, cóż… Nie pamiętam ile kosztowały kapcie, ale sweter kosztował prawie 800 zł. Sorry, ale nie.

Sklep z pamiątkami.

Jeśli chodzi o paliwo, to też jest drożej niż u nas. Gdy ja byłem na Islandii, litr benzyny w Polsce kosztował nieco ponad 5 zł, na Islandii z kolei było to ok. 7 zł.

Wielką zaletą Islandii jest to, że prawie wszystkie naturalne atrakcje turystyczne są za darmo. Islandczycy uważają, że nie powinno się pobierać opłat za to co daje nam natura. Jednakże np. wstęp do Blue Lagoon jest płatny. Tłumaczą to w ten sposób, że wokół laguny wybudowali miejscówkę, gdzie można się przebrać i, że są ratownicy i, że teren jest regularnie sprzątany i, że to tak naprawdę płacisz za usługę, a nie za odwiedzanie laguny. No powiedzmy, że ok, ma to sens. Cena za wstęp? Ponad 200 zł. Bardzo łatwo jest na Islandii wydać kupę hajsu, ale również można wziąć namiot i konserwy z Polski i zwiedzać za „psi piniondz”.

Prysznic

Dlaczego jest tak drogo? Islandia jest krajem położonym dość daleko od stałego lądu, w surowym klimacie, co oznacza, że prawie wszystko trzeba sprowadzać i to najczęściej z bardzo daleka. Produkty po drodze przechodzą przez ręce dużej liczby pośredników, z których każdy chce zarobić, marże i cła składają się na wysoką, ostateczną cenę. Rolnictwo na Islandii produkuje olbrzymie nadwyżki mięsa. Mała ilość mieszkańców nie jest w stanie tego przejeść, mały popyt sprawia, że zwiększenie produkcji nie powoduje redukcji kosztów. Dodatkowo supermarkety, mając świadomość tego, że nie są w stanie wszystkiego sprzedać, narzucają duże marże, żeby sobie trochę odrobić. Islandia ze względu na bardzo rozwiniętą opiekę socjalną ma bardzo wysokie podatki, które tę opiekę finansują. Jeżeli dodamy też do tego fakt, że prawie 1/4 mieszkańców to urzędnicy niewytwarzający żadnych dóbr, a na pensję których musi się składać całe społeczeństwo, to mamy jasną informację skąd takie ceny.

Wieje

…i pada. Jeżeli rano wydaje Ci się, że zapowiada się piękny dzień, poczekaj 10 minut, pogoda na Islandii musi być kobietą. Przejścia od pięknego słonecznego dnia do strasznej wichury i deszczu i z powrotem zdarzają się parę razy dziennie i zazwyczaj są nagłe. Dla nas ciekawym zjawiskiem była taka dziwna ściana deszczu, na która trafiliśmy dwukrotnie w tym samym miejscu. Jedziemy sobie spokojnie samochodem, przed nami widzimy małą chmurkę na niebie, podjeżdżamy pod nią i nagle jebs! Deszcz. Przejechaliśmy może z 200 metrów i słońce. Pisałem też już wyżej, że jednego dnia na północy spotkała nas śnieżyca, która też pojawiła się nagle, a sprawiła, że zrobiło się kompletnie ciemno, a ulice zamieniły się w szklankę i nie było mowy o kontynuowaniu jazdy.

Islandczycy mają ok. 80 słów na opisanie tego jak mocno wieje. I nic dziwnego, bo potrafi wiać delikatny wietrzyk, który, niczym włosy dziewczęcia, delikatnie muskają twój policzek, ale potrafi też wiać tak mocno, że miota człowiekiem jak szatan. Tych najmocniejszych wiatrów najczęściej doświadczaliśmy u podnóży wulkanów, stąd moja teoria, że wiatr, jak skoczek narciarski, rozpędzał się po pochyłym zboczu. Tak czy siak, pogoda na Islandii potrafi dać w kość. Warto mieć ze sobą ubrania na każdą okazję, na pewno się przydadzą.

Wieje

Co bym zmienił?

  1. Wynająłbym kampera. Nocowanie w Reykjaviku było głupim pomysłem, ciągłe wracanie na noc zabierało nam mnóstwo czasu. Z drugiej strony, znalezienie jakiegoś noclegu w małych miejscowościach, gdzieś na totalnym zadupiu, może być co najmniej trudne. Niekoniecznie też polecam spanie pod namiotem (chyba, że latem), nocą może mocno piździć. Najlepszą opcją na zwiedzanie Islandii wydaje mi się właśnie wynajęcie kampera, wszędzie da się dojechać, a i wygodnie, we w miarę ciepłym łóżku można się przespać.
  2. Przy wynajmie samochodu osobowego wziąłbym możliwie najtańsze auto. Absolutnie nie ma sensu przepłacać za terenówkę. Drogi są w bardzo dobrym stanie, a tam gdzie nie ma asfaltu wcale nie jest tak źle, by zwykła Corsa nie dała rady. Oszczędzić w ten sposób można nawet i 100 zł dziennie + paliwo, bo małe auto z reguły mniej siorbie.
  3. Pojechałbym latem. Co prawda w październiku nie było mocno zimno, ale było trochę szaroburo i o godz. 18 było już ciemno. Trzeba jednak pamiętać, że latem ceny są o około 30% wyższe, więc wynajem auta albo nocleg w hotelu może zaboleć jeszcze bardziej, tym bardziej, że negocjować cen raczej się nie da. Niemniej jednak z perspektywy czasu uważam, że warto, bo można znacznie więcej czasu spędzić na zwiedzaniu i jest bardziej zielono, no ładniej po prostu.
  4. Na wieloryby popłynąłbym z Husavik. My popłynęliśmy z Reykjaviku. Nie polecam. Ze stolicy płynie się w kierunku Grenlandii. Co prawda organizacja jest bardzo dobra, a pani przewodnik przez mikrofon bez przerwy opowiada jakieś ciekawostki, to jednak jedyne co można zobaczyć to wieloryby karłowate i delfiny. Doskonałą bazą wypadową jest z kolei Husavik na północy. Tutaj płynie się na północ, jest to więc możliwość znalezienia się za kołem podbiegunowym, no i wieloryby są znacznie większych gabarytów. Ponoć dość często zdarza się trafić nawet na płetwala błękitnego! Koszt takiej przyjemności to 65 EUR. Ceny są praktycznie takie same w każdym miejscu.
Samochód
Samochody na Islandii często mają wysokie zawieszenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *