Mont Blanc – nieudana próba

Marzyłem o Mont Blanc od kilku lat. W końcu, w 2018 roku postanowiłem, że podejmę próbę wdrapania się na najwyższy szczyt Francji (a według niektórych także i Europy). Niestety, okazało się, że nie jest to takie łatwe.

Góra

Mont Blanc to dla Polaków najłatwiejszy do zdobycia szczyt wchodzący w skład Korony Ziemi. Oczywiście technicznie o niebo łatwiejsze są Góra Kościuszki w Australii oraz Kilimandżaro w Tanzanii, ale w obu tych przypadkach dochodzą problemy logistyczne i wysokie koszty chociażby przelotu. Na Mont Blanc można dojechać własnym samochodem, a koszt da się ograniczyć do paliwa i jedzenia (i sprzętu, jeżeli go nie mamy).

Mont Blanc

Szczyt położony jest we Francji, tuż przy granicy z Włochami. Można go zdobyć kilkoma drogami, ale tylko dwie powinny być brane pod uwagę przez wspinaczy – amatorów: najbardziej popularna droga przez Gouter (tędy wspina się prawie 70% wszystkich śmiałków) i znacznie trudniejsza i bardzo niebezpieczna droga 3M. Wszystkie pozostałe ścieżki wymagają już sporych umiejętności wspinaczkowych z zakładaniem poręczówek, śrub lodowych itp. Droga 3M w turystycznej skali alpinizmu jest uznawana za najtrudniejszą. Głównym problemem są bardzo strome podejścia, spadające seraki i konieczność zdobycia dwóch szczytów w drodze do celu: Mont Blanc du Tacul i Mont Maudit (stąd też nazwa 3M). Droga przez Gouter to najlepsza (w zasadzie jedyna) opcja dla przeciętnego turysty.

Mont Blanc

Sprzęt

Najdroższa część całej wycieczki. Górnej granicy cenowej nie ma. Można wydać kilkanaście tysięcy złotych, ale można  też oszczędzać na wszystkim i zamknąć się w 3-4 tysiącach. Absolutnie niezbędne są:

  1. buty zimowe – najpopularniejsze wśród wspinaczy na Blancu są Zamberlan Expert Pro – też takie miałem.
  2. raki – muszą pasować pod buty – w przypadku Zamberlana raki powinny być automatyczne, polecam Grivela.
  3. czekan – w zasadzie dowolny, dopasowany do wzrostu. Nie ma sensu inwestować w jakiś super drogi, bo wspinaczki lodowej tutaj nie uświadczymy.
  4. kask wspinaczkowy – też dowolny, ewentualnie można zadbać o odpowiednią wentylację.
  5. plecak 55-60 l – mniejszy plecak = mniejsza pokusa zabrania niepotrzebnych rzeczy. Mój największy błąd. Każdy nadmiarowy kilogram prędzej, czy później się zemści.
  6. skarpety 2-3 pary – najlepiej coolmax albo wełna, ze względu na lepsze właściwości termiczne i antybakteryjne + bawełniane do ocieplenia, które zakładamy na wierzch.
  7. bielizna termoaktywna – getry + koszulka z długim rękawem. Można się bawić w wełnę merino, ale ja nie jestem jej wielkim zwolennikiem. Z drugiej strony warto zadbać o odpowiednią jakość, w tej bieliźnie będziemy spać, wspinać się i odpoczywać. Przez klika dni będzie nam towarzyszyć non stop (no chyba, że ktoś chce dźwigać drugi komplet na zmianę).
  8. polary – getry + koszulka jako forma ocieplenia.
  9. rękawice  – ja zabrałem zwykłe narciarskie i to mi wystarczyło. Niestety na skałach całkowicie się podarły.
  10. spodnie i kurtka – wodo- i wiatroodporne, oddychające. Oczywiście najlepiej Gore Tex, ale ceny są zabójcze. Ja miałem spodnie goretexowe, ale kurtkę zwykłą, zimową. Spodnie były super lekkie i sprawdziły się wyśmienicie, kurtka trochę ciążyła i dużo miejsca w plecaku zabierała. Jak komuś nie żal wydawać fury pieniędzy, to zdecydowanie Gore Tex polecam.
  11. czapka – ciepła polarowa + ewentualnie letnia z daszkiem, bo zanim dojdziemy do bazy słońce może przypiec i pojawia się ryzyko udaru
  12. okulary z wysokim filtrem UV – najlepiej okulary lodowcowe, ale zwykłe przeciwsłoneczne też wystarczą, przy czym trzeba zadbać by dokładnie zakrywały oczy. Ja miałem przeciwsłoneczne, najmocniejsze Arctici. Są świetne, gdy ktoś jest ślepy, bo mają wkładki soczewkowe. I są stosunkowo tanie. Tak, czy inaczej, okularów nie można lekceważyć! Ryzyko nabawienia się ślepoty śnieżnej powyżej Goutera jest bardzo duże.
  13. karimata – najlepsza opcja to oczywiście Thermarest albo mata samopompująca. Ja od dawna mam Thermaresta i sprawdza się znakomicie. W przypadku zwykłej karimaty warto zadbać, by miała minimum 12 mm grubości, ale nawet to nie zagwarantuje nam, że będzie ciepło w nocy.
  14. śpiwór – najważniejszy element, jeśli chodzi o zapewnienie ciepła. Absolutnie minimum to temperatura komfortu 0°C. Mi się udało dorwać na OLXie w doskonałej cenie śpiwór z temperaturą komfortu -14°C. Taki śpiwór + Thermarest sprawiły, że w nocy się pociłem. Natomiast moi towarzysze mieli zwykłe karimaty (12mm) + śpiwory o temp. komfortu -5°C i w efekcie budzili się z zimna. Dodam tylko, że nocą temperatura spadała do ok. -8°C (połowa września).
  15. namiot – koniecznie wodoodporny, poza tym większych wymagań nie ma. Namiot powinien być 2-osobowy, dobre wychowanie wymaga, by dźwigać go na zmianę w drodze do bazy.
  16. latarka czołówka – atakuje się w nocy, więc jest to obowiązkowy element wyposażenia. Dodatkowo, w obozie po zmroku jedynym „źródłem” światła są gwiazdy i księżyc. Warto też zabrać ze sobą zapasowe baterie, by na szlaku nie było lipy.
  17. kubek, łyżka, nóż – czyli to co potrzebne, by mieć z czego i jak jeść. Można jeszcze dołożyć do tego menażkę, ale w przypadku, gdy żywimy się tylko liofilizatami lub suchym prowiantem, bo menażka staje się tylko zbędnym balastem. Wodę grzać można w kubku.
  18. kuchenka turystyczna + gaz – najlepiej kuchenka jak najmniejsza. Gazu na 4 dni na 2 osoby wystarczyło nam 125 ml.
  19. krem UV – bardzo ważny! Pamiętajmy, że śnieg odbija promienie UV i spalenie sobie twarzy przy ładnej pogodzie to naprawdę żaden problem.
  20. apteczka – o tym, jak bardzo ważny jest to element wyposażenia przekonałem się na własnej skórze. Bez apteczki pewnie nie dałbym rade zejść na dół. Warto tutaj zachować zdrowy rozsądek i zabrać rzeczy, które mogą się przydać, ale bez przesady, żeby apteczka nie ważyła 5 kg. Potrzebne są na pewno środki przeciwbólowe (np. APAP), bandaż elastyczny, plastry, woda utleniona. Może być jeszcze coś przeciwko biegunce i chorobie wysokościowej.
  21. kosmetyczka – a w niej pasta do zębów, szczoteczka i chusteczki antybakteryjne, które posłużą nam za główne źródło higieny.
  22. jedzenie – liofilizaty, chleb, makaron, suszone owoce, suszona wołowina, dużo słodyczy. W zasadzie ciężko tutaj coś doradzić. Ja jadłem prawie tylko liofilizaty, bo na większe gotowanie nie było czasu ani chęci. Oczywiście można jeść w schronisku Tete Rousse i później wyżej w Gouterze, ale to kosztuje od 15 € w górę. Próbując jeść 3 posiłki dziennie i prowadząc oblężenie góry przez 3-4 dni można znacząco uszczuplić swój portfel.

Liofilizat


Jest jeszcze parę rzeczy, które warto mieć, ale bez których można się obejść np:

  1. sweterek puchowy – przydaje się, szczególnie jeśli nie mamy polaru, albo nasza kurtka jest słabej jakości.
  2. uprząż – teoretycznie rzecz absolutnie obowiązkowa, w praktyce można wejść na szczyt bez żadnych zabezpieczeń i wcale nie będzie się herosem.
  3. karabinki – gdy idziemy z zabezpieczeniem, to potrzebujemy 3. W każdym innym przypadku są zbędne, ewentualnie przydają się, żeby sobie coś dopiąć do plecaka.
  4. lina – na zespół 4 osób wystarczy ok. 50 m.
  5. dwa kawałki repsznura na prusiki – ja na swój wzrost potrzebowałem 1,5 m i 2 m. Warto wcześniej przetestować prusikowanie, bo nic nam sznurek nie da, jeżeli nie będziemy wiedzieli jak go używać.
  6. stuptuty – całkowicie zbędne, jeżeli mamy spodnie goretexowe.
  7. kijki trekkingowe – ja nie miałem, ale skorzystałem z okazji i chwilę potestowałem. Bardzo przydatna rzecz, szczególnie na pierwszym podejściu do lodowca Tete.
  8. termos – jak jest bardzo zimno i jak się ma czas gotować, to może okazać się błogosławieństwem. Ja miałem, ale nie użyłem ani razu.

Kubek górski

Dojście do bazy

U stóp Mont Blanc leży słynne miasteczko Chamonix, ale przygoda ze zdobywaniem góry zaczyna się kilka kilometrów dalej, w wiosce Les Houches. Najłatwiej dotrzeć tam oczywiście samochodem. Baza, skąd rusza się na szczyt, znajduje się na wysokości 3167 m n.p.m., natomiast wspomniana wioska leży na wysokości ok. 1000 m n.p.m. Dojście piechotą do bazy jest zabronione (ale i tak mnóstwo ludzi zakazy łamie). Z Les Houches należy wsiąść w kolejkę linową Bellevue, która zabierze nas na wysokość 1800 m n.p.m. Od razu ważna informacja, samochód możemy zostawić za darmo na parkingu koło kolejki. Tylko uwaga! Trzeba wjechać tak jakby poziom wyżej, na taki nieutwardzony plac. Parkowanie tuż przy wejściu do kolejki, tam gdzie jest asfalt, jest płatne! Kolejka w dwie strony kosztuje 18 € i odjeżdża co około 15-20 minut.

Les Houches

Tu przesiadamy się w słynny Tramway du Mont Blanc. Dotrzemy nim do Nid d’Aigile, czyli ostatniej stacji tramwaju, na wysokości 2362 m n.p.m. Koszt to 19 € w jedną stronę. Ile kosztuje w dwie strony? Nie wiem, bo tramwaj kursował tylko do 16 września, a więc wracać musieliśmy już piechotą po torach (nielegalnie). Gwoli ścisłości, szlak pieszy jest, ale dociera tylko do połowy trasy tramwaju, a dokładniej to do przedostatniej stacji.

Tramway du Mont Blanc

W tym momencie trzeba w końcu założyć ciężki plecak na plecy i gnać samemu aż do schroniska Tete Rousse. Po drodze mijamy barak Baraque des Rognes, gdzie w bardzo polowych warunkach można spędzić noc. Podejście jest raczej spokojne, zwykły trekking, dopiero za barakiem robi się bardziej stromo. Gdyby nie pioruńsko ciężkie plecaki, to można by powiedzieć, że póki co jest stosunkowo przyjemnie. Przy schronisku, obok lodowca znajduje się pole namiotowe, gdzie można się rozbić i zacząć snuć plany o podbiciu góry.

Baraque des Rognes

Pionowa ściana

Z Tete wystarczy spojrzeć w górę, a zobaczy się schronisko Gouter. Szanse na zdobycie szczytu rosną diametralnie jeżeli ma się wykupiony tam nocleg. Niestety, kosztuje to 65 € za noc, rezerwować trzeba z półrocznym wyprzedzeniem (a pogodę ciężko przewidzieć), miejscówki rozchodzą się w ciągu kilku dni, a pierwszeństwo ich zakupu mają profesjonaliści i przewodnicy francuscy. Spośród osób, które spotkaliśmy większość nocowała w Gouterze. Czemu daje to taki handicap? Po pierwsze spędza się noc na wysokości ponad 3800 m n.p.m, co daje już naprawdę doskonałą aklimatyzację, po drugie do przejścia ma się już tylko niecałe 1000 m w pionie i po trzecie pomija się wyczerpującą wspinaczkę z Tete.

Schronisko Tete Rousse
Schronisko Tete Rousse.

No właśnie droga z Tete do Goutera to 600 m pionowej ściany. Gdy stoi się u jej podnóża, człowiek zastanawia się, gdzie jest szlak, jak to obejść, żeby wejść na szczyt. Dopiero, gdy w nocy zobaczy się rząd latarek czołówek na pionowej ścianie, nadchodzi zrozumienie, że nie ma żadnej drogi na około, że idzie się pionowo w górę. Z dołu wygląda to strasznie, w praktyce nie jest tak źle. Tę drogę porównuje się często do Orlej Perci. Moim zdaniem Orla Perć jest znacznie trudniejsza. Z tym, że na Blancu idziemy z ciężkim plecakiem (raki, uprząż, lina, czekan, jedzenie, woda itd.) i raz na jakiś czas zdarzy się, że kogoś plecak przeważy, straci równowagę i odpadnie od ściany. Szanse na przeżycie – małe. W porównaniu do Orlej na Blancu jest znacznie więcej miejsca na nogi i idąc ostrożnie można czuć się w miarę bezpiecznie. Jednakże żadnych zabezpieczeń (np. łańcuchy) tutaj nie uświadczymy. Dopiero pod koniec zaczynają się poręczówki. Bardzo wyczerpująca wspinaczka.

Gouter
Tam na szczycie widać Gouter.

Po drodze do Goutera trafiamy jeszcze na słynny Grand Couloir, nazywany też The Rolling Stones. Jedyne miejsce, gdzie można zginąć nie z własnej winy. O co chodzi? Otóż do góry jest lodowiec, który się topi. W miarę jak lodowiec się przesuwa, usuwają się z niego kamienie i toczą się w dół (jakieś 500 m). Dzieje się to mniej więcej raz na kilkanaście minut. Na ogół kamyczki są niewielkie, ale są tak rozpędzone, że gdyby trafiły w głowę, na której nie ma kasku, mogłyby zabić. A czasami lecą kamyczki wielkości telewizora, lodówki, a nawet małego Fiata. Sęk w tym, że szlak wiedzie w poprzek kuluaru. Mamy mniej więcej 60 m do przebiegnięcia, trzeba to zrobić maksymalnie szybko. Chodzi o minimalizowanie ryzyka. Z tego też powodu nie powinno się tędy przechodzić w dzień, gdy słońce najmocniej grzeje. Muszę jednak stwierdzić, że reguły nie ma. W dzień co chwilę słyszeliśmy jak leciały jakieś małe kamyczki, ale nic nadzwyczajnego, natomiast w nocy obudził nas potężny hałas, gdy doszło do olbrzymiego obrywu skalnego i cały kuluar aż huczał.

Grand Couloir
Grand Couloir

Droga na szczyt

Warto wcześniej przejść aklimatyzację. My postanowiliśmy, że przejdziemy cały proces na Blancu.  Jednego dnia zamierzaliśmy wyjść nieco powyżej Goutera, na wysokość ok. 4000 m n.p.m. Gdzieś od wysokości 3700 m n.p.m. zacząłem mięć problemy z oddechem. Kilka kroków i dyszałem jak pies, znowu kilka kroków i znowu pies. Ostatecznie jednak klima się udała. Następnego dnia, w trakcie ataku, nie miałem już żadnych problemów. Niestety, klima na Blancu oznacza, że cztery razy (góra – dół) pokonuje się bardzo męczącą drogę do Goutera.

Tete Rousse
Baza.

Atak rozpoczęliśmy następnego dnia, 20 minut po północy. W Gouterze byliśmy przed 3 rano (dzień wcześniej, bez aklimatyzacji zajęło nam to straszliwie słabe 4 godziny). Tutaj niesamowicie miła niespodzianka. W godz. 3 – 3:45 w Gouterze serwowane jest darmowe śniadanie dla wszystkich! Nie ma tam nic nadzwyczajnego: suchy chleb, jakiś ser, herbata, kawa i soki, ale po takim wysiłku smakowało wybornie! No i cóż. Zjedliśmy, to heja ubieramy raki i lecimy dalej. Kolejnym przystankiem powinien być schron Vallot. Droga do niego jest niesamowicie mozolna i długa. Cały czas zygzakiem po śniegu pod górę. Jeszcze zanim dojdzie się do schronu, trafia się na ładną półkę z której widać już szczyt. Znajduje się ona na wysokości ok. 4250 m n.p.m. i to tutaj skończyła się moja przygoda. Ostatnie podejście do tej półki jest wyjątkowo długie. Tam z każdym krokiem czułem, że coś zaczyna mnie boleć kolano, coraz bardziej i bardziej… Ostatnie 20 m pokonałem czołgając się. Nie byłem w stanie iść. Podszedł do mnie jakiś Rosjanin i pyta czy mam zamiar iść dalej. Bez żadnego zastanowienia powiedziałem, że oczywiście, że tak! Przecież byłem tak blisko! On tak patrzy i mówi: „widziałem, jak się czołgałeś lepiej wracaj”. Wtedy zacząłem myśleć, czy dam radę. Mój partner wspinaczkowy powiedział, że nie możemy tam zostać i czekać, aż przestanie boleć, bo zamarzniemy. Miałem problem, żeby ustać na nogach, nie było mowy o dalszej wspinaczce, ba! nie wiedziałem, czy w ogóle będę w stanie zejść. Bandaż elastyczny + tabletki przeciwbólowe sprawiły, że bardzo, bardzo powoli udało mi się zejść na dół. Nie jestem w stanie opisać swojej wściekłości, żalu. Zwyczajnie nie dałem rady. Razem ze mną, w tym samym miejscu zawróciła jeszcze jedna ekipa, dla nich też Mont Blanc okazał się nie taki łatwy.

Mont Blanc
Szczyt. Taki miałem widok, gdy zawróciłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *