Po co jechać do Francji?

Co roku Francję odwiedza nawet 80 milionów turystów. Duża część z nich skupia się na Paryżu, stolicy romantyzmu, mody i szyku. Są też tacy, których przyciąga tutejsza riwiera. Tak dużą liczbę turystów musi przyciągać coś nadzwyczajnego. Przyjrzyjmy się zatem bliżej, co Francja ma do zaoferowania.

1. Paryż.

Gdy słyszę, że ktoś był we Francji, to właśnie najczęściej odwiedził tylko jego stolicę. Paryż. Miasto miłości. To tu niejeden chłopak poprosił swoją dziewczynę o rękę. To także miasto mody, gdzie zaczynały swoją karierę takie osobistości jak Coco Chanel, czy Yves Saint Laurent. Przez lata Paryż wyznaczał standardy kulturalne, decydował o modzie na różne stroje, czy tańce. Do dziś jest miastem, którym zachwycają się miliony… czego kompletnie nie rozumiem. Paryż jest ohydny, brudny, śmierdzący. W każdym kącie jest nasikane, budynki są szare i niewesołe, na ulicach pełno jest bezdomnych, szerzy się przestępczość wśród społeczności imigranckiej (mocno uczulam! to jak na razie jedyny kraj, gdzie dałem się okraść). Romantyzm? Matko jedyna! Kiedyś marzyłem o tym, by oświadczyć się swej wybrance w Paryżu. Jak ja się cieszę, że do tego nie doszło! Tu nie ma nic romantycznego! Paryż to jedna z najbrzydszych stolic, jakie do tej pory widziałem (piszę te słowa mając na koncie 29 odwiedzonych państw).

Paryż

Przejdźmy do konkretów, czyli głównych atrakcji. Od razu informuję, że w Paryżu (pod względem finansowym) nie opłaca się kupować biletów przez Internet, wychodzą one drożej! Uprawniają jednak do wejścia bez kolejki… Bez kolejki… haha… No właśnie. W Paryżu turystów jest więcej niż śrubek zostawionych na „może się kiedyś przyda” w każdym garażu w polskiej rodzinie. Planując zwiedzanie tego miasta naprawdę trzeba wziąć pod uwagę, że każda atrakcja zajmie nam dobrych parę godzin więcej… spędzimy je na staniu w kolejce po bilety. Jeżeli bilety kupiliśmy przez Internet, to i tak parę godzin spędzimy na staniu w kolejce (chociaż duuuuużo krótszej), bo osób tak samo sprytnych jest zazwyczaj więcej niż kilka(set). Dodam jeszcze, że jeżeli mamy samochód, to wydamy prawdziwy majątek na parkingi, które są zawsze i wszędzie płatne (oznaczone słówkiem „PAYANT”). Najczęstsza stawka to 4 euro za godzinę (chociaż w nocy są darmowe, warto o tym pamiętać, jeżeli na przykład dotrzemy do miasta dość późno). Hostel, w którym spałem, miał własny parking, dla klientów. Również nie darmowy. 20 euro za dzień. Dziękuję bardzo. Park and ride’y są. Również drogie (najczęściej ponad 20 euro za dobę). Najlepszą opcją, jaką znalazłem, była aplikacja Zenpark. Za jej pomocą zarezerwujemy miejsce w prywatnym garażu. Aplikacja oferuję fajną, intuicyjną wyszukiwarkę. Później wystarczy podjechać pod garaż, w aplikacji kliknąć „otwórz bramę” i voila! Możemy zaparkować na dowolnym, wolnym miejscu. W samym centrum, jakieś 1,5 km od hostelu, znalazłem parking za 9 euro za dobę. Wciąż sporo, ale taniej się nie dało. No dobra, ale co w tym Paryżu można zwiedzić?

Disneyland

Nieźle zaczynam. Disneyland, oczywiście, nie jest w Paryżu, tylko ok. 40 km od jego centrum. Na tyle jednak blisko, że ląduje jako paryska atrakcja. Droga atrakcja. Kupując bilet możemy wybrać, czy interesuje nas tylko park rozrywki, czy chcemy też wejść do studia filmowego Walta Disneya. Ponieważ ceny są straszliwe, skusiłem się tylko na park. Cena takiej przyjemności, w zależności od terminu, to 70 – 90 euro. Czym jest Disneyland? Jednym wielkim bazarem! Prawie cały teren to sklepy z gadżetami i restauracyjki (drogie zresztą). Oprócz nich, mamy tutaj kino (będące też restauracją), ale filmy na dużym ekranie puszczane są po francusku. Mamy też cztery parki rozrywki: Frotnierland – taki niby dziki zachód, Adventureland – klimatem zahaczający o Indiana Jones’a, czy Piratów z Karaibów, Fantasyland – raj dla małych księżniczek, czy fanów Piotrusia Pana, Discoveryland – najdziwniejszy dla mnie, utrzymany w tematyce technologii przyszłości, czy czymś w tym stylu. Parki są przepiękne! Naprawdę chylę czoła przed projektantami, bo wygląda to wszystko wspaniale, ale… nie ma tam nic do roboty. Nie ukrywam, ja miałem wyobrażenie, że Disneyland to będzie coś w stylu Legolandu albo Heide Parku z dużą liczbą kolejek górskich i innych tego typu rzeczy. Niestety. Jedną z tutejszych atrakcji jest domek na drzewie. Dość spory domek. Obchodzi się go idąc po drewnianych schodach dookoła potężnego drzewa. Naprawdę ładnie, fajnie zrobione, ale tak człowiek przejdzie dookoła i w zasadzie tyle.

Disneyland

Ktoś, kto był w Disneylandzie może mi zarzucić, że piszę nieprawdę, że kolejki górskie przecież są! Owszem, są! Całe cztery! Przed każdą z nich jest licznik pokazujący szacunkowy czas stania w kolejce. Od 90 minut w górę! No chyba, że ktoś ma fastpassa. Fastpass można dokupić na stronie internetowej, upoważnia on do wejścia bez kolejki (a raczej do wejścia stojąc w krótszej kolejce) i kosztuje 15 euro za jedną atrakcję. Bomba jak cholera. Ja dopchałem się tylko do jednego z tych rollercoasterów (w rzeczywistości to są bardzo, bardzo mali kuzyni prawdziwych rollercoasterów). Stałem ponad dwie godziny. Przejażdżka trwała niecałą minutę. Było warto…. taaaaa….Disneyland absolutnie odradzam. Nie za takie chore pieniądze.

Disneyland

Moulin Rouge

Kolejna straszliwie droga atrakcja. W przeciwieństwie jednak do Disneylandu warta każdych pieniędzy! Wiele osób, widząc ceny biletów, rezygnuje z odwiedzenia najsłynniejszego kabaretu na świecie. Błąd! Nic lepszego w całym Paryżu nie widziałem! Show odbywa się codziennie o godz. 21 i 23 i trwa prawie dwie godziny. Koszt jest spory. Warto trochę czasu spędzić na przeglądaniu kalendarza imprez. Inne ceny są w zależności od godziny, inne też w zależności od dnia tygodnia. Ja trafiłem na bilet za 79 euro, tylko show, bez obiadu, bez wina. Można też zaszaleć i wydać nawet 210 euro za wejściówkę. Ubiór elegancki nie jest wymagany, chociaż raczej nie wypada przyjść ubranym jakby się szło posiedzieć na trzepaku pod blokiem. Zdecydowana większość osób była mocno odstrzelona. Trzeba liczyć się z tym, że plecak z całym sprzętem nagrywającym zostanie nam przy wejściu zabrany. Ze sobą możemy wziąć tylko telefon, przy czym, w trakcie show nie można robić zdjęć ani kręcić filmów. Absolutnie się nie dziwię! Moulin Rouge to klub ze striptizem najwyższej klasy! Przyprowadzając tu dziecko musimy liczyć się z tym, że może to być pierwszy raz, gdy zobaczy na żywo cycki… duuuuuużo cycków! Zresztą nawet nie wiem, czy dziecko byłoby wpuszczone na salę 🙂

Moulin Rouge

Jednak to nie ze względu na półnagie (w zasadzie to prawie całkowicie nagie) dziewczyny uważam, że Moulin Rouge trzeba odwiedzić. Uważam tak, ponieważ umiejętności występujących tu osób, zarówno taneczne jak i kaskaderskie są fenomenalne! Może nie jestem jakimś strasznym audiofilem, ale nagłośnienie tutaj też jest doskonałe! Całe przedstawienie ma, owszem, nudniejsze momenty, ale przeplatane są one popisami, po których opada szczęka. Nie chcę zdradzać za dużo. Polecam. To koniecznie trzeba zobaczyć!

Moulin Rouge

Wieża Eiffla

Czynna zaskakująco długo, bo od 9:30 aż do 23:45. Bilety na wjazd na górę warto kupować z dużym wyprzedzeniem. Naprawdę dużym! Ja chciałem kupić tydzień przed swoim wyjazdem i okazało się, że lipa, nie ma już. Teraz, jak patrzę na stronie, to na najbliższe dwa tygodnie też są już wykupione. Nie mając biletów olałem temat. Można je kupić oczywiście na miejscu w kasie, ale trzeba wystać w kolejce około 3 – 4 godzin. Wtedy wiedziałem już, że Paryż jest brzydki jak diabli i uznałem, że z góry wcale ładniejszy nie będzie. Tyle godzin stania w kolejce, bez sensu. Biletów jest kilka rodzajów. Przez Internet kupimy albo wjazd windą na drugie piętro za 16 euro albo na sam szczyt za 25,5 euro. Podobno w kasie można za 9 euro dostać bilet, że idzie się samemu pieszo po schodach, ale tylko na drugie piętro.

Wieża Eiffla

Przyznaję, wieża Eiffla jest symbolem Paryża i jest w niej coś fajnego. Chciałoby się tak poleżeć u jej stóp na Polach Marsowych i w spokoju sobie popatrzeć. Nie da się. Nie narzekam tu wcale na tłumy turystów, a raczej na czarną społeczność szukającą taniego zarobku. Sam nie wiem, kogo było więcej, turystów, czy samozwańczych handlarzy. Kupić od nich można piwko albo jakąś pierdołowatą pamiątkę. Najgorsze jest to, że oni łażą tam i z powrotem i każdy do ciebie podchodzi i pyta, czy czegoś nie kupisz. Nawet jak powiesz, że nie, to taki będzie nad tobą stał próbując cię jakoś przekonać. Ich bezczelność jest oszołamiająca. Sam byłem świadkiem, jak jedna rodzinka zrobiła sobie mały piknik, placuszek, winko te sprawy i podszedł taki jeden, stał nad nimi dobre kilka minut zawracając im głowę, po czym jak gdyby nigdy nic, wziął sobie kawałek placka i poszedł dalej. Rodzinka była lekko zszokowana i zaraz potem się zwinęła, najwyraźniej stwierdzając, że atmosfera piknikowej sielanki nie będzie im dana. Ja po kilkunastu minutach prób zrelaksowania się na trawce pod miło grzejącym słonkiem, wstałem wkur..iony i poszedłem gdzie indziej.

Luwr

Największe na świecie muzeum, liczba eksponatów tutaj jest naprawdę przytłaczająca. Podobnie jak kolejka po bilety. Szczerze, gdy zobaczyłem, ile osób stoi w oczekiwaniu na wejście do środka, pomyślałem, że chyba nic z tego. Nie ma się co bać. Kolejka idzie dość szybko. Mimo początkowego przerażenia, po około godzinie byłem w środku. Dodam jeszcze, że kolejka jest oczywiście pod gołym niebem, więc jak pada (a wtedy padało), stoi się niezbyt przyjemnie. Dookoła, podobnie jak pod Wieżą Eiffla, pełno jest sprzedawców, trochę mniej nachalnych, ale i tak próbujących wcisnąć jakieś totalne pierdoły. Tutaj też kolejka osób posiadających bilety kupione przez Internet (2 euro droższe) była prawie tej samej długości, co ta normalna (z ceną za bilet równą 15 euro). Luwr jest ogromny. OGROMNY! Ja łaziłem tam dobre 4 godziny, zmęczyłem się, stwierdziłem, że pierd..lę i wyszedłem.Naprawdę, żeby obejść całość, jeden pełen dzień może nie wystarczyć! I to nie tylko ze względu na rozmiar muzeum, ale też ze względu na tłumy. Nie da się przemieszczać szybko. Co chwilę stoi się w jakimś przejściu, bo jest zator, albo w tych większych salach trzeba slalomem lawirować pomiędzy ludźmi. Szczerze też powiem, że Luwr nie ma, moim zdaniem, aż tak wielu nadzwyczajnych eksponatów. Pod tym względem londyńskie muzea robiły na mnie ciut większe wrażenie, były też zwyczajnie ładniejsze, bo Luwr zbyt piękny to nie jest 🙂 Z najważniejszych eksponatów mogę wymienić stellę z kodeksem Hammurabiego, Wenus z Milo i, oczywiście, creme de la creme, Mona Lisę. Najsłynniejszy obraz świata jest malutki. Ma osobne (bardzo brzydkie) pomieszczenie, gdzie ludzie tłoczą się, wpychając się jeden na drugiego, żeby się dopchać i zrobić zdjęcie. W takim tłumie stoi się około 40 – 50 minut tylko po to, żeby przepchać się na początek, pstryknąć aparatem i wyjść. Bardzo źle to jest zorganizowane. No i to, co wkurza w całej Francji, czyli niechęć do angielskiego. Nawet jeżeli coś mnie zainteresowało, zobaczyłem jakąś fajną rzeźbę, chciałbym się czegoś dowiedzieć, na co patrzę, jaka jest historia… Zapomnij! 95% eksponatów jest opisana tylko w języku francuskim.

Luwr

Katedra Notre-Dame i Bazylika Sacre Coeur

Niestety, w Paryżu byłem nieco ponad tydzień po pożarze Katedry Notre-Dame. Widziałem więc ją tylko z daleka, bo cały teren był szczelnie obstawiony przez policję i podejść się zwyczajnie nie dało. Niemniej jednak jest to na pewno obowiązkowy punkt zwiedzania Paryża. Jako alternatywę podaję Bazylikę Sacre Coeur. Można do niej wejść za darmo. W środku nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia, ale ponieważ umieszczona jest na wzgórzu to oferuje piękny widok na miasto i… na samą siebie. Do Bazyliki prowadzą długie schody, co sprawia, że z poziomu ulicy jest ona wyjątkowo piękna. Zresztą architektonicznie to także mało arcydzieło. Z zewnątrz Sacre Coeur na pewno bije Notre-Dame na głowę.

Sacre Coeur
Bazylika Sacre Coeur.

Pałac w Wersalu

Oj, jaki tu byłem poirytowany. Pod pałacem jest parking płatny 4 euro za godzinę. Bilet do pałacu kosztuje 18 euro, do ogrodów mamy dodatkowy bilet za 9,5 euro. To oznacza, że spokojnie wydamy tutaj jakieś 50 – 60 euro. Jak? Kolejka do wejścia do pałacu jest KOSMICZNA! I w przeciwieństwie do Luwru, wcale nie idzie sprawnie. 4 godziny stania w miejscu gwarantowane, a ja byłem jeszcze przecież tuż przed sezonem! Ważna informacja – kolejka jest faktycznie do wejścia! Bilety kupuje się w osobnym budynku, po lewej patrząc od bramy wejściowej, w tamtą stronę też idzie się do ogrodów. Najlepiej o drogę pytać wałęsających się tu i ówdzie porządkowych. Na pewno nie będą znać angielskiego, ale na słowo „ticket” potrafią odpowiednio zareagować i wskazać palcem, gdzie trzeba się udać. Czy warto? Pałac jest wielki, ale jego przejście zajmuje maksymalnie godzinę. W środku nie ma absolutnie nic unikatowego, czy nadzwyczajnego. Tłum, w jakim będziemy się poruszać w pałacu, skutecznie będzie nam przeszkadzał nie tylko w robieniu zdjęć, ale też w zwykłym przemieszczaniu się. Stać tyle godzin, płacić gruby hajs za parking i w zasadzie nie mieć wielkiej przyjemności z tego wszystkiego? Nie kalkuluje się. Lepiej olać pałac i pójść od razu do ogrodów. Kolejka do wejścia to maks. kilka, kilkanaście osób. Ogród też jest dość spory, ale przynajmniej jest przestronny i da się na chwilę uciec od tłumów. Mi osobiście ogrody francuskie średnio przypadły do gustu. Są wypieszczone, uporządkowane, takie ą i ę. Spacerowało się jednak przyjemnie.

Pałac w Wersalu

2. Zamki, zameczki.

We Francji zamków i zameczków jest całe mrowie. Cała Dolina Loary z nich przecież słynie. Spora część turystów przyjeżdża tu właśnie po to, by poczuć średniowieczny klimat. Nie da się bowiem ukryć, że tutejsza architektura potrafi zachwycić.

Zamek Chantilly

Położony niedaleko Paryża, jest chyba moim ulubionym. Parking kosztuje tutaj 5 euro, ale za cały dzień! W ramach oszczędności można stanąć na jednym z leśnych parkingów około 1 – 2 km przed Chantilly. Wstęp do samego parku kosztuje 8 euro, park + pałac to wydatek 17 euro. Zarówno park jak i pałac z zewnątrz prezentują się przepięknie. Z tego też powodu polecam kupić bilet tylko do parku. Pospacerować, pooglądać zamek z różnych perspektyw, porobić malownicze zdjęcia i się zrelaksować. Tutaj się da! Chantilly wygląda na niezbyt lubiane przez turystów. Nie ma tu zgiełku, nie ma tłumów, możemy usiąść na ławeczce i popatrzeć na kaczki w ciszy i spokoju. Gorzej, jeżeli będziemy chcieli coś zjeść. Pobliska miejscowość, malownicza co prawda i warta odwiedzenia sama w sobie, jest strasznie droga.

Chantilly

Zamek Chambord

Przepiękny i majestatyczny z zewnątrz, totalnie nieciekawy w środku. Serio, tam nie ma absolutnie nic do oglądania oprócz ciekawych, krętych schodów. Fajną opcją jest też możliwość wyjścia na dach. W zasadzie, to na balkon pomiędzy dachami. Nic poza tym. Parking 4 euro za dzień, bilet wstępu 14,5 euro. Można odwiedzić, jeżeli jest po drodze, ale żeby specjalnie jechać, to już niekoniecznie.

Chambord

Carcassone

Kiedyś średniowieczne miasto, dziś wielka galeria handlowa. Carcassone to wciąż miasto, zupełnie nie zmienione, w którym chyba jednak nie ma normalnego życia. Przeniosło się ono do zwykłej metropolii obok. Natomiast w średniowiecznym przodku mamy dziś tylko restauracje i sklepy z pamiątkami. Nie powiem, fajnie jest się przejść po takim mieście i poczuć trochę historii na własnej skórze, ale kurcze, cała handlowa otoczka jest straszna. Turyści tutaj spędzają czas tylko i wyłącznie na spacerowaniu bez celu wąskimi uliczkami oraz popijaniu kawki w jednej z miliona kawiarenek. Ceny tutaj też są wysokie. Chociaż, jak się wejdzie troszkę w jakieś mniejsze, odludniejsze uliczki, to można trafić na restauracyjkę z cenami przystępnymi i to nawet bardzo. Podobnie, jak z zamkiem Chambord, polecam, jeżeli jest po drodze.

Carcassone

Mont Saint-Michel

Troszkę ponarzekałem to teraz się pozachwycam. Mont Saint-Michel to jednak z najurokliwszych i najniezwyklejszych miejsc we Francji. Jest to całe miasto na skale, do którego prowadzi droga. Całość jest dookoła w czasie przypływu regularnie zalewana. Wygląda to obłędnie! Samochód możemy zostawić za darmo w pobliskim mieście i przejść się 3 – 4 km lub podjechać na ostatni parking, zapłacić 14 euro za dobę i mieć blisko. Dojść można tam samemu, przy czym od razu mówię, nie wiem, czy to normalne, czy może ja miałem pecha, ale wieje tam jak diabli. Są chwilę, gdy ciężko ustać na nogach. W samym mieście wiatru nie czuć w ogóle. Jeżeli komuś się iść nie chce, to z okolic parkingu co chwilę odjeżdżają DARMOWE autobusy aż pod samą bramę Mont Saint-Michel. Miasto podobnie jak Carcassone to wielka galeria handlowa, ale można sobie pospacerować po murach, wejść do katedry (niestety nie pamiętam ceny – kilka euro). Klimat tego miejsca jest zupełnie inny. Tylko turystów strasznie dużo. Tutaj jednak uważam, że warto wybrać się, nawet jeżeli nie jest po drodze. Jest to na tyle unikalne miejsce, że warto je odwiedzić.

Mont Saint-Michel

Opactwo Senanque

Podobno najczęściej fotografowane miejsce w Prowansji. Sam dojazd do Senanque jest niezwykle urokliwy, bowiem musimy przedrzeć się przez góry, kaniony i wąwozy. Opactwo umieszczone jest w przepięknym miejscu. I chyba ciekawsza od opactwa jest sama okolica. Za 7,5 euro możemy sobie pochodzić po budynku, ale jest to raczej krótkie zwiedzanie i nic nadzwyczajnego nie zobaczymy. Polecam to miejsce, szczególnie jeżeli trafimy na okres, gdy kwitnie lawenda 🙂

Senanque

3. Lourdes.

My mamy Częstochowę, Portugalia ma Fatimę, a Francja ma Lourdes. Święte miejsce, do którego pielgrzymują tysiące wiernych z nadzieją, że uda im się uprosić Maryję o wyleczenie z najróżniejszych chorób. Lourdes jest umiejscowione u podnóża Pirenejów, co oznacza, że dojazd tam nie jest taki całkiem prosty, ale wynagradzają to przepiękne widoczki. Miejsce objawień maryjnych i zbudowana nad nim bazylika są po prostu przepiękne! Naprawdę, całość robi olbrzymie wrażenie! Pomimo tak ważnego, pielgrzymkowego miejsca, nie ma tam aż tak wielkich tłumów. Jest za to cisza, rozmodlony, podniosły klimat, nie ma uczucia nachalnego kupczenia odpustami, w ogóle nie ma uczucia, że ktoś chcę od ciebie wyciągnąć pieniądze. Cały handel jest ze smakiem, wyraźnie odseparowany od miejsca modlitwy. Restauracje (no wiadomo, takie miasto żyje przecież z pielgrzymów) nie są może najtańsze, ale ceny absolutnie nie są przesadzone, powiedziałbym, że są ok. Bardzo fajne i dla katolików ważne miejsce. Ja byłem raczej pozytywnie zaskoczony i na pewno zachwycony przepiękną bazyliką.

Lourdes

4. Przyroda.

Tu wymienię dwa miejsca, które z mojego punktu widzenia warto odwiedzić. We Francji jest jednak dużo więcej miejsc, które ze względu na widoczki są warte uwagi, szczególnie na południu.

Park regionalny Camargue

Raj dla ornitologów. Żyje tutaj nawet 400 gatunków bardzo rzadkich ptaków, w tym największa na świecie kolonia, jedynego, spotykanego w Europie flaminga, flaminga różowego. Ptaki te można obserwować próbując spacerować samemu po najrozmaitszych szlakach. Można się też udać do parku ornitologicznego, zabulić 7,5 euro i pooglądać potężną kolonię flamingów z bliska w ich naturalnym środowisku. Park to nie jest żadne zoo! Został on stworzony na miejscu, gdzie te ptaki same z siebie bytowały i robią to do dzisiaj. Przyzwyczaiły się już do ludzi, więc absolutnie nie ma problemu z tym, żeby być z flamingiem na odległość 3 – 4 metrów. Obejście całego parku zajmie nam dobre 2 – 3 godziny. Zdążymy się flamingami nasycić aż za bardzo, bo naprawdę jest ich tu mnóstwo.

Flamingi

Parę kilometrów dalej jest jedna z ładniejszych nadmorskich miejscowości (niestety niezbyt tania), jakie widziałem – Saintes-Maries-de-la-Mer. Stąd też wychodzi mnóstwo szlaków pieszych i rowerowych dookoła Camargue, gdzie można poobserwować nie tylko flamingi, ale też najróżniejsze inne ptaki. Bardzo dobrym miejscem do przenocowania jest plaża wschodnia. Tam też znajduje się parking, na który można wjechać za darmo po godz. 20. Jeżeli znikniemy przed 9 rano, to mamy nocleg w przepięknej scenerii całkowicie za darmo i flamingi praktycznie 200 – 300 metrów dalej. Byłbym zapomniał – ptaków jest dużo, bo mają co jeść. Innymi słowy, wszelkiego rodzaju robactwa i owadów, a w szczególności komarów jest tam horrendalna ilość.

Camargue

Kanion Verdon

To trzeba zobaczyć! Nie ma, że nie! Najpiękniejsze miejsce w całej Francji! Jak ktoś potrzebuje szczegółowych informacji polecam ten artykuł. Sam z niego korzystałem. Przejechałem opisaną tam trasę. Zajęło mi to nieco ponad 6 godzin, ale nie ukrywam, że zatrzymywałem się często, bo co chwilę widoczek był piękniejszy. Najfajniejszym miejscem był zdecydowanie Tunnel du Baou. Piękne widoczki i adrenalina, gdy wchodzi się do całkowicie ciemnego tunelu i idzie się tak kilkaset metrów świecąc sobie telefonem. Ekstra! Polecam też to miejsce, szczególnie na nocleg. Można tam wjechać autem za darmo, spędzić noc i się zmyć. Można też wypożyczyć w pobliskiej wypożyczalni kajak i za kilkanaście euro popłynąć wgłąb kanionu. Verdon to miejsce obowiązkowe!

Verdon

5. Lazurowe Wybrzeże.

Turyści oprócz Paryża odwiedzają też jego południowe wybrzeże. Nie chcę się tutaj jakoś szczególnie rozwodzić, znacznie lepiej robi to lazurowyprzewodnik.pl. Tam znajdziecie mnóstwo wyczerpujących informacji, co warto odwiedzić, czego można się spodziewać itd. itp. Od siebie tylko dodam, że podobnie jak w przypadku Paryża, uważam, że jest to miejsce mocno przereklamowane. Owszem widoki są przepiękne, miasta ulokowane na skałach wyglądają oszołamiająco, ale poza leżeniem na plaży i oglądaniem gigantycznych jachtów, na które nigdy nie będzie mnie stać większych atrakcji tam nie ma. Jest za to mnóstwo turystów. Nicea i Saint Tropez wręcz pękają w szwach od liczby przyjezdnych. No i Lazurowe Wybrzeże jest drogie. Generalnie, we Francji najbardziej narzekałem na ceny paliw (1,5 – 1,8 euro za litr, przy ok. 5 zł za litr w Polsce), autostrad (nie jechałem ani jedną, bo są skrajnie drogie) i parkingów. Nie narzekałem jakoś szczególnie na ceny jedzenia. Natomiast na Lazurowym Wybrzeżu zacząłem. Wszystko jest bardzo drogie, dużo droższe niż w Paryżu. Plaże są najczęściej kamieniste lub skaliste, co też jakoś szczególnie nie zachęca, żeby na nich leżeć. No nie wiem, mnie tam ten rejon jakoś szczególnie nie zachwycił.

Saint Tropez
Saint Tropez.

6. Francuska kuchnia.

Przyznam szczerze, nie spodziewałem się – francuska kuchnia ląduje w czołówce jeśli chodzi o walory smakowe. Dla samego jedzenia, dla doświadczeń kulinarnych też można do Francji pojechać. Czego Francuzi jedzą najwięcej? Naleśników! To jedyna potrawa, która jest w całym kraju, w każdym mieście. Naleśniki, czyli crepes, najczęściej występują w wersji na słodko. Są przepyszne, a kosztują 3 – 6 euro. Drugim daniem, a raczej przekąską, są croque monsieur i croque madame, przy czym ta druga wersja jest znacznie rzadziej występująca. W skrócie są to tosty, albo, jak woli Internet, zapiekane kanapki z szynką i serem. Wersja damska ma jeszcze jajko sadzone na wierzchu. Niby zwykły tost, a jest przepyszny! Pan tost kosztuje 3 – 4 euro, pani tost występuje zazwyczaj w jakimś zestawie i wtedy kosztuje 9 – 12 euro. Kolejnym powszechnie występującym daniem są omlety, a szczególnie omlette au fromage, czyli omlet z serem. Ponownie, pycha! Koszt to 8 – 12 euro. Ostatnie powszechnie występujące to quiche lorraine. Po polsku placek lotaryński. Też powiedziałbym, że to rodzaj zapiekanki, tylko, że w formie placka w kruchym cieście. Nadzienie to ser i kawałki mięsa zalane jajeczno – śmietanową masą. Podawane zawsze bardzo gorące. Najczęściej występującym deserem jest creme brulee, często robiony w wersji na winie albo rumie. Malutka porcja potrafi kosztować 6 euro, ale naprawdę rozpływa się w ustach. Creme brulee jest wszędzie, jedynie na południowym wybrzeżu nie zaobserwowałem.

Crepes
Crepes.

Wszystkich pewnie ciekawi to, z czego słyną Francuzi, czyli żaby i ślimaki. Szczerze powiem, że żab nie widziałem nigdzie. Może jakoś szczególnie nie szukałem, ale rozglądałem się od czasu do czasu i nic. Ślimaki natomiast są, owszem. Podaje się zawsze albo 6 albo 12 okazów w takim dziwnym, zielonym sosie. Cena potrafi się strasznie różnić. Widziałem rozstrzał od 5 do 18 euro. Ja za 12 ślimaków zapłaciłem 7 euro. Taki smakołyk trzeba wygrzebać ze skorupki. Wygląda to ohydnie, jak taki obrzydliwy robal. W smaku jest takie sobie. Nie odrzuca, mógłbym zjeść to jeszcze raz bez krzywienia się, ale z drugiej strony, nie będę jakoś szczególnie za tym tęsknił 🙂

Escargots

Oprócz powyższych mamy mnóstwo potraw regionalnych. W Paryżu królują steki po parysku z frytkami (szczególnie bifteck frites). Cena to około 10 – 12 euro. Polecam tu położoną na przeciwko placu Pigalle, restauracje Bouillon pigalle. Ceny mają bardzo dobre, jedzenie również. Kolejka przed lokalem zresztą mówi sama za siebie. Warto poczekać. Północ Francji to także soupe à l’oignon, czyli zupa cebulowa. Można ją też spotkać w innych rejonach kraju, ale znacznie rzadziej. Kosztuje koło 5 euro. W ogóle nie czuć w niej cebuli. Cały wywar jest dość gęsty, pełny rozmiękczonych, nasiąkniętych winem kawałków chleba oraz ciągnącego się sera. Burgundia słynie z boeuf de bourguignon, czyli wołowiny po burgundzku. W skrócie – wołowina, bardzo mięciutka w specjalnym, winnym sosie. Trochę specyficzny smak. Myślę, że nie każdemu będzie smakował. Koszt ok. 12 – 15 euro. Południowe wybrzeże to z kolei zagłębie sałatek, z ich królową, salade nicoise, czyli sałatką nicejską. Jest to sałatka z pomidorami, oliwkami, jajkiem, tuńczykiem i anchois. Niestety, Lazurowe Wybrzeże rządzi się swoimi cenami i za zwykłą sałatkę przyjdzie nam zapłacić 12 – 18 euro.

boeuf de bourguignon

Na koniec alkohole. Będąc w okolicy Cognac, warto kupić prawdziwy koniak. Za butelkę zapłacimy minimum 25 euro, ale standardowa cena to tak raczej 40 – 70 euro. Wina, niestety, nie są tak tanie, jak we Włoszech. Za butelkę zapłacimy minimum 4 euro, a jak chcemy coś lepszego, to tak bardziej 7. Będąc we Francji warto skorzystać i kupić prawdziwego szampana, a nie wino musujące, jak to mamy w Polsce. Niestety, szampan to też nie najtańsza zabawa. Ceny zaczynają się od ok. 20 euro, ale nie wahają się jakoś mocno. Myślę, że wydawanie więcej jak 30 euro na szampana to już rozrzutność.

Wina

Jeden komentarz

  1. Pingback: Wiedeń na weekend - Dżuma z plecakiem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *