Co jeść w Kolumbii?

Jeżeli ktoś lubi próbować nowych smaków, to w Kolumbii będzie w niebie. Tutejsze smakołyki naprawdę potrafią zachwycić, choć najpopularniejsze danie nie jest niczym nadzwyczajnym.

Najpopularniejsze potrawy

Na dzień dobry napiszę, że zarówno dania, jak i ich ceny bardzo mocno różnią się w zależności od regionu kraju. Zdecydowanie najdrożej jest na wybrzeżu karaibskim. Okolice takich miast jak Santa Marta, czy Cartagena są mocno turystyczne i z tego powodu są nawet dziesięciokrotnie droższe (!) od innych regionów. Wszędzie indziej możemy spodziewać się cen w restauracjach nieco niższych niż w Polsce. Wykwintnych restauracji na wysokim poziomie jest bardzo mało i najczęściej zlokalizowane są blisko drogich hoteli. Im bardziej podrzędna knajpka tym taniej i… smaczniej. Pełen obiad z (często darmową) kawą powinien kosztować w przedziale 10000 – 18000 peso. Porcje tutaj są typowo amerykańskie, czyli znacznie większe niż w Polsce.

Najpopularniejszym daniem w całej Kolumbii jest arroz con pollo, czyli…. ryż z kurczakiem. Generalnie większość potraw tutaj oparta jest albo na ryżu albo na bananach. Te drugie występują w najróżniejszych wersjach: smażone, pieczone, polane limonką, posypane solą, banany małe, długie, platany maduro itd. itp. Te ostatnie nie nadają się do jedzenia surowego. Próbowałem, ale są totalnie niesmaczne. Smaku nabierają dopiero po odpowiedniej obróbce, ale szczegółów nie znam. Wracając do ryżu z kurczakiem – polecam! Oni jakoś to tak przyprawiają, że ze wszystkich dań było to moje ulubione. Poza tym ciekawy patent zauważyłem – sałatka z pomidorów często była polana obficie sokiem z limonki. Wydaje się to genialnie proste, a walory smakowe były niesamowite!

arroz con pollo

Kolejnym daniem bardzo popularnym w całej Kolumbii, ale typowym szczególnie dla Medellin, jest bandeja paisa. Określane tutaj jako „danie ludzi gór”. Na talerzu dostaniemy misz-masz wszystkiego: ryż, chorizo, platan maduro, czerwona fasola, arepa, awokado, smażone jajko oraz jakieś bliżej nieokreślone kawałki mięsa. Smaczne, ale też bardzo obfite. Jeżeli nie jesteśmy strasznie głodni, możemy mieć problem ze zjedzeniem wszystkiego.

bandeja paisa

Inną spotykaną wszędzie potrawą są tamales. Wygląda to bardzo egzotycznie, bowiem całość owinięta jest w liść bananowca. Internet twierdzi, że jest to potrawa typowo meksykańska i z opisu, jaki znalazłem na wikipedii, wynika, że wersja meksykańska różni się dość znacznie od kolumbijskiej, tylko liść bananowca jest wspólny. W Kolumbii w środku możecie znaleźć kawałek kurczaka (najczęściej udko) + jakieś bliżej nieokreślone warzywa. Całość jest oczywiście zapieczona. I to akurat smakowało mi nie bardzo.

tamales

Z innych ładnie wyglądających, ale niekoniecznie smacznych potraw mógłbym wskazać lechonę. Stoiska z lechoną są doskonale widoczne, bowiem jest ona w formie rzeźby świni… 🙂 Gdy zamawiamy lechonę, część tej rzeźby jest odkrawana i podawana nam na talerzu, najczęściej jeszcze z arepą. Jest to odpowiednio zmielone mięso świni z jakimiś dodatkami. Nie jest może jakoś super niedobre, ale dupy też nie urywa. Jest za to dość tłuste 🙂

lechona

Z zup króluje ajiaco. Również dostępna w całym kraju, ale najpopularniejsza w Bogocie. Smakuje trochę jak rosołek z wrzuconą do środka kolbą kukurydzy. Polecam, bo ze wszystkich zup, ta mi najbardziej smakowała.

ajiaco

Przekąski

Jako przekąski można traktować wszystko, co można kupić na ulicy i nie jest zrobione z owoców. Absolutnie numerem jeden są arepy. Takie placki robione z mąki kukurydzianej, wypełniane tym, za co klient jest skłonny zapłacić (czyli najczęściej szynką i serem), potem zapiekane i podawane do ręki. Arepę można traktować trochę jak fast food, jak nasz, polski kebab, chociaż porcja jest raczej malutka. Taka typowa przekąska. Cena to między 2000 (z serem i szynką) a 7000 (wersja full wypas) peso.

arepa
Arepa „full wypas”.

Bardzo popularne są wszelkiego rodzaju drobne słodycze. Chociaż nie wiem, czy tak powinienem je określać, bo słodkie za bardzo nie są. Mam tutaj na myśli stragany z różnymi wypiekami, które mi kojarzyły się trochę z naszymi drożdżówkami. Wymienię tutaj trzy najpopularniejsze: bunuelos, pandeyucas i pandebonos. Są to minipotrawy, takie, można by powiedzieć, minichlebki nadziewane najczęściej serem. Początkowo mi nie przypadły do gustu, ale z czasem się przekonałem. Wystarczy kupić 2 – 3 żeby zapchać żołądek na jakiś czas. Szczególnie opłacalne z racji niskiej ceny: 200 – 700 peso za sztukę. W rejonie Bogoty i Zony Cafaterii popularne są też obleas. Jest to zwykły wafel nadziewany, tym czym chcemy. Najczęściej kolumbijską wersją dulce de leche, jakimś owocem i wiórkami kokosowymi.

bunuelos
Bunuelos.

Bardzo też polecam smażone platany. Można je traktować jak chipsy albo frytki. I nie warto oszczędzać, niech sprzedawca posypie obficie solą i poleje porządnie limonką! Koszt to ok. 2000 peso.

banan

Największe dobro – owoce i soki

Na koniec zostawiłem to, za co ja pokochałem Kolumbię: niezliczona ilość owoców i najpyszniejsze soki pod słońcem! Nie będę ściemniał – większości nazw owoców, jakich próbowałem, nawet nie znam. Polecam pójść na jakiś targ i się obkupić owocami, których nigdy wcześniej na oczy nie widzieliście. Zdecydowanie polecam spróbować pitahayi i granadilli, to są moje dwa ulubione. Ponadto w rejonie Cali i w Bogocie popularne jest lulo, z którego tworzy się przepyszny sok – luladę. Z bardziej kwaśnych polecam kurubę, ale od razu mówię, że nie każdemu zasmakuje, właśnie ze względu na kwaśny smak. Nie polecam za to chontaduro. Kolumbijczycy twierdzą, że z tym owocem jest, jak z piwem – trzeba do niego dorosnąć. I coś w tym jest. Dla mnie chontaduro było straszliwie gorzkie, ohydne. Podobno wielu Kolumbijczyków uwielbia chontaduro z kawą, ale na to już się nie zdobyłem. Oczywiście, zostają jeszcze wszystkie owoce, jakie znamy z Polski, np. mango, papaja itd. Tutaj są one niczym jabłka w polskim sadzie. Warto się najeść, bo owoce tutaj są bardzo tanie i znacznie smaczniejsze niż u nas.

owoce

Szczytem kulinarnego orgazmu są soki. Tego mi najbardziej brakuje po powrocie do Polski. Nie ma nic lepszego niż salpicon (sok z wielu rodzajów wymieszanych ze sobą owoców) z lodami w upalny dzień za 2000 peso. O luladzie już wspominałem. Hitem dla mnie była mazamorra – kukurydza z jakoś dziwnie spienionym mlekiem i panelą (tutejszym brązowym cukrem). Ale to było dobre!! W wyjątkowo upalne dni doskonale też sprawdza się limonada de coco, niesamowicie orzeźwiająca, ale też wyjątkowo droga – koło 5000 peso. Bardzo dobry jest też sok z guanabany, prawie zawsze podawany z mlekiem. Wyjątkowy smak, którego nie potrafię z niczym porównać. Warto też spróbować soku z trzciny cukrowej, który jest chyba najsłodszym (ale bez przesady) smakołykiem, jaki można kupić na ulicy.

salpicon

Na koniec polecam spróbować herbaty z liści koki. Same liście są bardzo niepopularne i praktycznie nie do kupienia w sklepach. Herbaty również furory nie robią i można się ich napić tylko tam, gdzie są turyści. Żadnego powera po tym nie ma, ale jednak świadomość, że się coś takiego piło, pozostaje. No i kawa! Śmiesznie tania, w restauracjach podawana albo za darmo albo za jakieś 1000 peso, a niesamowicie dobra! Ja absolutnie kawoszem nie jestem. Nie lubię kawy i na co dzień raczej nie piję, ale ta kolumbijska to była przepyszna! Internet twierdzi, że w Kolumbii nie można napić się dobrej kawy, bo wszystko idzie na eksport. Absolutnie się nie zgadzam! Dla mnie kolumbijska kawa to największe dobro zaraz po sokach i owocach. Kulinarnie Kolumbia jest dla mnie w ścisłej czołówce!

Herbata z koki
Herbata z koki.

2 komentarze

  1. Pingback: Cesarskie Miasta z Rainbow - Dżuma z plecakiem

  2. Pingback: Katar - wszystko, co trzeba wiedzieć - Dżuma z plecakiem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *