Jak zdobyłem Mont Blanc

7 września 2019 roku o godzinie 13:15 w końcu stanąłem na szczycie najwyższej góry w Alpach, oficjalnie uznawanej też za najwyższą w Europie. Czego można się spodziewać i jak najnowsze regulacje wpłynęły na sytuację na szlaku? Zapraszam do przeczytania relacji.

Co się zmieniło na Blancu?

Wbrew pozorom, od mojej zeszłorocznej próby zmieniło się sporo. Doszło całe mnóstwo regulacji, które oficjalnie wynikają z troski o bezpieczeństwo wspinaczy. Z mojego punktu widzenia wygląda to raczej na dbanie o dobry PR (mniej ludzi, mniej wypadków) i chęć zgarnięcia większej kasy. Od 2019 r. żeby podjąć próbę zdobycia Mont Blanc trzeba mieć na to pozwolenie. Nie chodzi jednak o jakiś konkretny papier – pozwoleniem jest zarezerwowany nocleg w jednym ze schronisk po drodze (Tete Rousse albo Gouter). Można też mieć zarezerwowany nocleg na specjalnie zorganizowanym polu namiotowym koło Tete. Jest to to samo pole, na którym co roku rozbijały się za darmo tłumy zwykłych wspinaczy. Teraz już nie można. Tego typu próby mogą się skończyć mandatem w wysokości nawet 100 000 euro! Francuzi do tematu podeszli bardzo poważnie, czyli kary są na tyle wysokie, by faktycznie odstraszyć. Natomiast to „specjalnie zorganizowane pole namiotowe” jest jakimś przykrym żartem. Znajduje się tam może pięć, może sześć namiotów i tyle! Chcesz zdobyć szczyt? Nie masz praktycznie wyjścia, musisz mieć nocleg w schronisku.

Bellevue
Kolejka Bellevue. Wynosi ona na wysokość 1800 m n.p.m.

Miejscówka w Tete kosztuje 55 euro (Alpenverein daje 50% zniżki), natomiast w Gouterze za noc zapłacimy 60 euro (z Alpenverein 5 euro mniej). Co schroniska oferują za taką, wysoką przecież, cenę? Prawie nic. Śpi się w pokojach 16-osobowych (Tete) lub 10-osobowych (Gouter), na wyposażeniu których jest tylko koc. Owszem, jest pod nim całkiem ciepło, ale jakby na dworze porządnie przymroziło to nie wiem, czy byłoby tak wesoło. Nie ma dostępu do wody (można ją kupić w butelce za 6 euro w Tete lub 7 euro w Gouterze), dostęp do prądu jest tylko w Gouterze. Jedzenie można gotować tylko na dworze, albo oczywiście kupić. Tutaj troszkę ceny poszły w dół. Pamiętam, że w zeszłym roku za obiad trzeba było wydać 20 euro. W tym roku najtańszy obiad kosztował już tylko 16 euro. Wciąż jednak porządny, duży (bo wysiłek przecież też jest duży) obiad kosztuje bliżej 30 euro.

Tramway du Mont Blanc
Tramway du Mont Blanc. Dzięki niemu wjeżdżamy na wysokość 2372 m n.p.m.

Dostać miejsce w schronisku to dopiero wyzwanie! Rezerwacje ruszają różnie, ale najczęściej w okolicach kwietnia. Pierwszeństwo rezerwacji mają przewodnicy francuscy. Dopiero po dwóch tygodniach te miejsca, które „nie poszły” są udostępniane pozostałym. Z doświadczenia wiem, że system rezerwacji jest głupi jak cholera. Pomijając fakt, że jest nieintuicyjny, to w dodatku kolejkowanie kompletnie nie działa. Na cztery osoby, rezerwacji w obu schroniskach dokonał tylko jeden z nas. Pozostali byli ciągle przesuwani w kolejce wte i we wte. Wszystkie miejsca poszły w 10 minut. Tete Rousse faktycznie było wypełnione po brzegi. Natomiast w Gouterze… my w pokoju byliśmy sami. Oprócz nas w schronisku była jeszcze tylko jedna, ok. 10-osobowa ekipa. Reszta łóżek stała pusta. W zeszłym roku byli tacy agenci, którzy atakowali szczyt z Baraque des Rognes, czyli wysokości nieco ponad 2700 m n.p.m. Jak ktoś ma nadludzką kondycję, to spoko. „Barak” był też świetną opcją, żeby się schować w razie złej pogody. W tym roku budynek jest zabity deskami, nie wolno tam nocować. Masz spać tam, gdzie można cię za to skasować. Czy da radę niezauważenie przemknąć? Cóż… Jeżeli złapie cię kontrola, to taryfikator zatrzymuje się na wspomnianych 100 000 euro. My kontrolę spotkaliśmy dopiero, jak schodziliśmy. W budce, przed lodowcem Tete, stał pan i sprawdzał rezerwacje i sprzęt wszystkich osób idących w kierunku schroniska. Oznacza to (chyba), że obecnie nawet zwykły trekking od górnej stacji tramwaju do Tete, nie ma sensu, bo cię zatrzymają tuż przed osiągnięciem celu. Nie wiem, jak częste są te kontrole. Doświadczenie pokazuje, że raczej niezbyt częste.

Jeżeli ktoś nie chce się użerać z rezerwowaniem miejsca samemu, może oczywiście skorzystać z usług przewodnika. Tutaj jednak w ciągu tego roku ceny poszybowały wyjątkowo mocno. Przewodnik na osobę kosztuje, bagatela, 2000 euro! Są oni zdecydowanie milsi niż rok temu, kiedy potrafili na ciebie fukać i wyraźnie dawać do zrozumienia, że nie jesteś tu mile widziany. W tym roku, wszyscy przewodnicy jakich mijałem byli naprawdę w porządku. Ponownie odwołam się do powodów regulacji. Ma być bezpieczniej. Dobra. Czy przewodnicy targający ludzi, którzy nie mają pojęcia o wspinaczce wpływają na wzrost bezpieczeństwa? Sam widziałem turystkę z Azji, która wynajęła sobie dwóch przewodników. Jeden szedł z przodu, obwiązywał linę o kamienie i siłą wciągał ją do góry, a drugi od dołu rękami ustawiał jej stopy. To ma być bezpieczeństwo?! Tak jak pisałem wyżej, dla mnie to tylko walka o pieniądze turystów i o lepszy PR.

Mont Blanc
Droga od tramwaju do schroniska Tete Rousse. Pierwszy etap jest prosty, później jest trochę bardziej stromo.

Co ciekawe, wszystkie wspomniane regulacje dotyczą tylko najłatwiejszej drogi, przez schronisko Gouter. Pozostałe drogi (np. 3M), które są przecież o niebo trudniejsze i wymagają już dużych umiejętności, takim ograniczeniom nie podlegają. W zeszłym roku, gdy nagle francuskie władze zamknęły drogę przez Gouter (tak, w 2018 r. też dochodziło do nagłych ograniczeń w wyjściu na szlak), część osób, które przecież planowały swój wyjazd, załatwiały wcześniej urlopy itd. nie mając wyjścia wybierały w ostatniej chwili inne drogi na szczyt. W ciągu dwóch tygodni mieliśmy kilka wypadków śmiertelnych, właśnie na tych znacznie trudniejszych trasach. Osobiście uważam, że takie ograniczanie dostępu do gór robi więcej szkód niż pożytku. Masz nocleg tylko na 2 – 3 dni, rezerwowałeś go w kwietniu, kiedy pojęcia nie masz, jaka będzie 2 – 3 miesiące później pogoda, planujesz wyjazd cały rok, bierzesz urlop, przyjeżdżasz, by przeżyć przygodę swojego życia i nagle okazuje się, że akurat pogoda się popsuła… Gdyby można było biwakować w namiocie, to byś sobie poczekał dzień albo dwa aż się poprawi, ale przecież masz pozwolenie tylko na kilka, konkretnych dni! I co, masz czekać kolejny rok?! I znowu liczyć na szczęście przy rezerwacji?! Oczywiście, że większość zaryzykuje atak w gorszą pogodę!

Tete Rousse
Na pierwszym planie lodowiec Tete. W tle po prawej schronisko, na środku słynny kibelek, a po lewej nowy obóz.

Jak zdobyłem szczyt?

Powinienem raczej napisać „jak zdobyliśmy”, bowiem było nas czterech i każdy na szczycie się zameldował. Według statystyk tylko 30 – 50% osób próbujących wejść na Blanca faktycznie osiąga cel. U nas ta skuteczność wyniosła zachwycające 100%, a wcale łatwo nie było! Na pewno dużo dało mi zeszłoroczne doświadczenie. Pierwsza rzecz jakiej za wszelką cenę starałem się nie zepsuć to plecak, a konkretnie jego ciężar. W zeszłym roku ważył prawie 30 kg i jak teraz o tym myślę, to naprawdę nie mam pojęcia co i jak tam upchnąłem. Chociaż z drugiej strony… Jeżeli doda się jeszcze namiot, śpiwór i karimatę to z 6 – 8 kg się uzbiera, a przecież od tego roku nie trzeba już tych rzeczy targać, co jest chyba jedyną zaletą wspomnianych wcześniej regulacji. Tym razem plecak zamknął się w 20 kg z wodą. Inna sprawa, że na brzuchu pojawiła mi się jakaś dziwna narośl (podobno po 30stce spotyka to większość mężczyzn) o wadze 8 kg. Koniec końców wyszło więc prawie na to samo, ale chyba łatwiej nosi się własny brzuch niż plecak 🙂 I tak zresztą uważam, że wziąłem za dużo rzeczy, np. stuptutów ani razu nie założyłem. Jedzenia też zabrałem zdecydowanie za dużo, patrząc na to, ile wróciło ze mną do Polski. Dokładniej, jaki sprzęt jest potrzebny, a jaki użyteczny pisałem tutaj.

Tete Rousse
Schronisko Tete Rousse. Za takie warunki płaci się 55 euro bez żadnych zniżek.

Cała wyprawa zaczyna się w miejscowości Les Houches. Jest ona zdecydowanie mniej turystyczna niż pobliskie Chamonix i w zasadzie odwiedzana głównie przez osoby wybierające się na Mont Blanc. Dwie rzeczy mnie tutaj zaskoczyły. Parking pod kolejką Bellevue, gdzie zostawia się samochód, został zmniejszony o połowę! Czyżby efekt regulacji? Myślę, że to kiepskie podejście, bo tak jak wcześniej dało się bez problemu znaleźć wolne miejsce, tak w tym roku zajęliśmy chyba ostatnie. Przy wjeździe widnieje też tabliczka z napisem, że parkować za darmo można tylko 24 godziny! Na szczęście jakaś pani z obsługi powiedziała, że jak wchodzimy na szczyt to te 3 – 4 dni auto może stać bez problemu. Po co zatem ta tabliczka?

Mont Blanc
Ściana pod Gouterem. W dole widać schronisko i namioty.

Niestety, żeby legalnie ruszyć na szczyt trzeba rzucić pieniążkami. Najpierw trzeba wjechać kolejką Bellevue (kursuje co kilka, kilkanaście minut) na wysokość 1800 m n.p.m. – koszt w dwie strony to 18,5 euro. Potem wsiadamy w słynny Tramway du Mont Blanc, by razem z wieloma turystami wjechać (a raczej powoli się wtoczyć) na wysokość 2300 m n.p.m. Tutaj koszt w dwie strony to 24 euro. Tramwaj kursuje rzadziej, według rozkładu co godzinę, ale jest mało punktualny i np. przy złej pogodzie zdarza mu się w ogóle nie jechać. Tak było właśnie jak już wracaliśmy, padał śnieg, zatem turystów mało, więc nie opłacało się jeździć co godzinę i musieliśmy czekać na ostatni (!) danego dnia przejazd. Ok, dojechaliśmy do Nid d’Aigle, czyli końcowej stacji. Tutaj turyści wyjdą z tramwaju, porobią zdjęcia i wsiądą z powrotem, kilka osób wybierze się na trekking pod pobliski lodowiec albo do Tete. Z tą ostatnią grupą zabiorą się także wszyscy chcący zdobyć Mont Blanc. Do tego miejsca nie da się legalnie dojść o własnych siłach, nie ma żadnego oficjalnego szlaku. Mimo to wciąż zdarzają się tacy, którzy zakazy łamią (np. ja rok temu), ale z roku na rok jest ich coraz mniej. Mandaty skutecznie odstraszają.

Mont Blanc
Ściana widziana od dołu. Po prawej do góry, widać schronisko Gouter.

Dojście do schroniska Tete Rousse nie jest jakoś szczególnie wymagające, a już dojście do znajdującego się po drodze Baraque des Rognes można porównać do zwykłego trekkingu i to nie w Tatrach, a w Karkonoszach. Trasa z górnej stacji kolejki do „baraku” powinna zająć nieco ponad godzinę. Z „baraku” do Tete dojdziemy w nieco ponad 1,5 godziny. Właśnie od Baraque des Rognes szlak zaczyna ostro piąć się pod górę, wciąż jednak o większych trudnościach nie ma co mówić. Tuż przed schroniskiem trzeba przejść przez podobno kurczący się jęzor lodowca Tete. Niektórzy zakładają tutaj raki, ale tak naprawdę nie są one potrzebne. Trzeba tylko uważać, bo lodowiec potrafi być miejscami śliski i zdarzają się szczeliny, które trzeba przeskoczyć. Uznajmy, że dojazd z Polski i dojście do Tete to pierwszy dzień naszej podróży. Idziemy spać.

Mont Blanc
Jak widać, miejsca na nogi jest często niewiele. Łatwo zatem o błąd.

Na drugi dzień warto pomyśleć o aklimatyzacji, no chyba, że ktoś zrobił ją wcześniej np. na pobliskim Gran Paradiso. Aklimatyzacja na Blancu ma tę wadę, że za bardzo nie ma gdzie jej zrobić. W zasadzie jedyna opcja to pokonanie pionowej, 600 metrowej ściany do schroniska Gouter + ewentualne wyjście nieco wyżej w okolice 4000 m n.p.m. Niby spoko, ale wspomniana ściana to zdecydowanie najtrudniejszy technicznie fragment całej drogi, bardzo męczący. W dodatku po drodze trzeba pokonać słynny Wielki Kuluar. To tutaj rocznie ginie najwięcej osób. Przyznam szczerze, że po zeszłorocznym wyjeździe uznałem, że legenda tego miejsca jest mocno przesadzona. Kamienie lecą rzadko i raczej mało spektakularnie. W tym roku moje zdanie kompletnie się zmieniło. Przedstawienie w Kuluarze odbywało się regularnie, nawet co kilkanaście minut i potrafiło trwać dobre kilka minut. Dlatego przestrzegam, by się nie ociągać! Kuluar pokonujemy maksymalnie szybko! Niekoniecznie jednak biegiem, bo w przypadku gorszej pogody zdarzają się oblodzone miejsca, na których łatwo się poślizgnąć, co kończy się śmiercią lub poważnymi obrażeniami. Jeśli chodzi o trudności na ścianie, ja osobiście uważam, że jest ona trudniejsza niż Rysy, ale łatwiejsza niż Orla Perć. Stojąc u jej podnóża wydaje się niemożliwe, by szlak miał prowadzić prosto do góry, ale tak jak mówię, w praktyce nie taki diabeł straszny. Trzeba tutaj wykazać się pewnymi umiejętnościami fizycznymi, bo błąd i odpadnięcie od ściany również kończy się śmiercią. W zeszłym roku w tym miejscu zginęła Polka, która wspinała się na górę z ciężkim plecakiem. W pewnym momencie za bardzo się odchyliła na łańcuchach, plecak ją przeważył i spadła. Także pełna koncentracja!

Vallot
Schron Vallot w środku.

Co do łańcuchów – nie ma ich za wiele. W zasadzie są na samym początku, potem jest krótki fragment mniej więcej na środku i dopiero na samym szczycie jest dość długi odcinek z łańcuchami. Właśnie ta końcówka jest zdecydowanie najtrudniejsza. Polecam dobre rękawiczki, bo takie zwykłe szybko się drą na skałach. W przypadku załamania pogody poziom trudności drastycznie wzrasta. Mieliśmy okazję wchodzić i schodzić, gdy cała ściana pokryta była śniegiem. Nie wolno sobie pozwalać na jakiekolwiek rozkojarzenie! Sam tutaj spadłem ok. 1,5 m, bo po zejściu z górnych łańcuchów (które przy kiepskiej pogodzie są turbo śliskie, polecam pamiętać o zasadzie „jedna ręka na łańcuchu, druga na skale”) jest fragment wypłaszczenia, gdzie można sobie lekko odsapnąć. Rozluźniłem się za bardzo, a że pod śniegiem nie widać, czy jest jakiś kamień czy nie, to zahaczyłem rakiem i poleciałem. Obiłem sobie po drodze pierś o jakiś wystający głaz i zatrzymałem się na kolejnym. Całe szczęście, że tam był, bo gdyby go nie było… Dzień aklimatyzacyjny kończymy ponownie w schronisku Tete Rousse w myśl zasady „wspinaj się wysoko, śpij nisko”. Dla nieprzyzwyczajonego organizmu, spanie wysoko może skończyć się tym, że następnego ranka obudzi się on zwyczajnie zmęczony. Aklimatyzację polecam z całego serca. Każdy na wysokość reaguje trochę inaczej. Ja zauważyłem, że krytyczną dla mnie wysokością jest 3700 m n.p.m. Tak samo jak rok temu, tak i teraz po przekroczeniu tej wysokości moje tempo drastycznie spadło, zacząłem mieć problemy ze złapaniem oddechu, bardzo szybko się męczyłem. Także aklimatyzacja jest ważna! Łącznie w swoim życiu ścianę pod Gouterem przechodziłem już osiem razy. Nienawidzę jej.

Mont Blanc

Po dniu aklimatyzacyjnym możemy sobie odpocząć lub zaatakować. Zależy wszystko od pogody i od tego, ile mamy noclegów wykupionych 🙂 Ponieważ z dnia na dzień pogoda była coraz gorsza, uznaliśmy, że nie będziemy czekać, tylko spróbujemy od razu wejść na szczyt. Wyruszyliśmy 10 minut po północy. Byliśmy pierwszą ekipą na szlaku, co trochę mnie zdziwiło. W zeszłym roku również na szczyt ruszaliśmy o północy i na ścianie było już widać rządek latarek czołówek. Tym razem nie. Normalnie, przy dobrej pogodzie i przyzwoitym tempie, ścianę robi się 2,5 h. Przy ataku szczytowym zajęło nam to 4 h! Od początku szło nam kiepsko. W Gouterze ok. 40 minutowa przerwa i jazda dalej. Kolejny fragment jest nudny jak diabli. Oczywiście już w rakach, wciąż w ciemności trzeba wdrapać się na szczyt Dome du Gouter na wysokości 4305 m n.p.m. Droga długa, żmudna, nudna, ciągle pod górę. Zalecam nie schodzić z wydeptanej ścieżki. Jest ona bardzo bezpieczna, a zbaczanie może skończyć się upadkiem do jednej z wielu szczelin lodowych. Przy dobrej pogodzie jeszcze da się je zauważyć, ale my jak schodziliśmy to była mgła, śnieżyca i widoczność ok. 5 – 10 metrów. Wtedy też warto się spieszyć, bo śnieg szybko zasypuje ścieżkę i błyskawicznie człowiek znajduje się w sytuacji, że pojęcia nie ma gdzie dalej iść. To jest bardzo niebezpieczne! Z Dome du Gouter trzeba nieco zejść w dół i potem dość stromo pod górę do schronu Vallot na wysokości 4362 m n.p.m. Sam schron to zwykła metalowa puszka, w której znajdują się tylko ciepłe koce ratownicze. Można się nimi okryć, co polecam. W naszym przypadku na tej wysokości termometr wskazywał -16 stopni, czyli już konkretnie zimno. O dojściu do Vallota można by pisać piosenki. Nie wiem, kto to wymyślił. ale wspinanie się po skałach, żeby dotrzeć do wejścia to jakaś przesada. Czytałem, że można się tutaj zabić i jak najbardziej się zgadzam. Idiotyzm.

Mont Blanc

W Vallocie ponownie zrobiliśmy sobie ok. 30 minutową przerwę. Wchodząc do schronu mieliśmy jeszcze dość ładną pogodę. Te pół godziny zmieniło wszystko. Po wyjściu zauważyliśmy, że nic nie widzimy. Mgła, śnieżyca i widoczność praktycznie zerowa. Wszystkie ekipy w tym momencie zawracały. Przewodnicy francuscy tłumaczyli swoim klientom, że się nie da i trzeba wracać. Prognozy wskazywały, że będzie tylko gorzej. Długo się zastanawialiśmy, czy ryzykować, bo przecież jesteśmy tak blisko, czy zawracać. Rozsądnie wróciliśmy do Vallota, by poczekać ok. 40 minut na rozwój sytuacji. To była doskonała decyzja! W ciągu 40 minut pogoda zdecydowanie się poprawiła. Może nie było idealnie, ale było wystarczająco bezpiecznie, by spróbować wejść na szczyt. Tutaj też dopiero powiązaliśmy się liną. Są dwie szkoły. Jedna mówi, że warto, druga mówi, że nie warto, bo w przypadku upadku kogoś na grani, cały zespół leci. Zwyczajnie nie ma szans utrzymać człowieka, siła jest zbyt duża, szczególnie, jeżeli szarpnięcie następuje z zaskoczenia. Podejście od Vallota na szczyt jest już znacznie trudniejsze i na pewno bardziej niebezpieczne. Szczególnie grań tuż pod szczytem jest krytycznym miejscem. Jest ona wąska, długa, po obu jej stronach jest za to przerażająca przepaść. Mniej więcej na wysokości 4600 m n.p.m. jednego z naszych kolegów złapała choroba wysokościowa. Mimo tego i tak próbowaliśmy wejść. Mogło się to skończyć tragicznie, bo właśnie na tej grani chłopak się przewrócił. Koniec końców happy end był. Szczyt zdobyliśmy, ale widoków nie mieliśmy żadnych, pogoda nie pozwoliła. Na pewno nienajlepsze warunki sprawiły, że to wejście było bardziej epickie, satysfakcja też jest znacznie większa. Osobiście cieszę, że już nie muszę na Blanca wracać. Użeranie się z Francuzami i ich regulacjami skutecznie zniechęca do jakiejkolwiek aktywności w tym rejonie. Dodam jeszcze, że cały atak szczytowy zajął nam 18,5 godziny. Od momentu, gdy naszego kolegę dorwała wysokościówka, tempo było wręcz okropne. Przy schodzeniu wcale dużo lepiej nie było. Najważniejsze jednak, że cała nasza czwórka szczyt zdobyła i, że nikomu nic się nie stało.

Mont Blanc
To już końcóweczka. Jeszcze jedno podejście i będziemy na szczycie.

Odcinka z tego nie będzie

Niestety, bardzo słabe warunki sprawiły, że nie dałem rady kręcić na bieżąco. Materiał przeze mnie zebrany nie nadawał się do umieszczenia na kanale. Pomimo tego zmontowałem króciutki filmik pokazujący trochę naszą drogę. Zapraszam do oglądania 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *