Mongolia motocyklem

Podobno wielu podróżników zostaje tak przytłoczonych Mongolią, że w ogóle nie ruszają się z Ułan Bator. Przyznaję, że poziom trudu i znoju jest tutaj wysoki, ale kraj jest tak niezwykły i przepiękny, że trzeba go odwiedzić. Motor wydaje się być najlepszym środkiem lokomocji.

Motocykl w Mongolii

Jakie mamy opcje podróżowania po Mongolii? Możemy wykupić jedną z najróżniejszych wycieczek z Ułan Bator. Wtedy jedziemy najczęściej małym busikiem w jakieś konkretne miejsce, wysiadamy, przewodnik czasem coś opowie, czasem nie, wsiadamy i jedziemy z powrotem. Ja nie lubię tego typu podróży. Głównie dlatego, że te busiki widziałem tylko w miejscach mocno cywilizowanych, tam gdzie można dojechać drogą w większości asfaltową, a prawdziwe piękno Mongolii odkrywa się tam, gdzie jest dziko, gdzie nie ma asfaltu. Z tego też powodu średnio wypadają pociągi, których nie ma szczególnie dużo, i które też rozwiozą nas po największych miastach, a co dalej? Jak się z tego miasta wydostać? Wynajem samochodu? Świetna opcja! Od razu mówię, że to musi być terenówka z napędem na cztery koła. Drogi na stepie są w tak „doskonałym” stanie, że zwykły samochód nam ugrzęźnie bardzo szybko i skończy się wzywaniem pomocy… albo paniką, bo na stepie zasięgu w telefonie w zasadzie nie ma 🙂 Są tacy, którzy wynajmują lub kupują konie. To akurat najlepsza opcja, bo dojedziemy wszędzie, tylko, że na niedużym obszarze (chyba, że jedziemy na kilka miesięcy).

Mongolia

Motor jawił mi się jako doskonałe połączenie mobilności z szansą na wydostanie się z każdej trudnej sytuacji. By wynająć motocykl w Mongolii musimy mieć prawo pojazdy na taki pojazd. Później należy się udać do jakiejś firmy oferującej wynajem. Ja skorzystałem z usług Cheke Tours. Zadowolony byłem tak sobie. Responsywność na maile jest przeciętna, mają trochę bałagan z rezerwacjami i motocykle nie zawsze są idealnie przygotowane. Z drugiej jednak strony, oddawałem motocykl popsuty (nie działała cała elektronika + klapka na akumulatorze w ogóle się nie trzymała) i zamiast robić jakieś problemy machnięto ręką. Od razu wzięło się za naprawę kilku mechaników, a ja żadnymi karami pieniężnymi nie zostałem obciążony. Koszt wynajmu wyszedł mi 430 zł za 8 dni + paliwo 2,64 zł za litr, w momencie, gdy w Polsce płaci się koło 5 zł. Przyzwoicie zatem.

Mongolia

Mongolia jest trudna, jest męcząca. Dogadać się można… próbować po angielsku. Zaskakująco często trafi się ktoś, kto potrafi wydukać z siebie kilka słów, które pamięta ze szkoły. Po rosyjsku zdarzyło mi się pogadać tylko raz. Oprócz problemów z komunikacją musimy spodziewać się tego, że dróg asfaltowych jest bardzo mało. Inna kwestia, że są drogi, które są na mapie, a ich nie ma, są drogi, których na mapie nie ma, a są, są drogi, które nagle kończą się płotem, albo które przechodzą w nicość. Orientowanie się na stepie to już zupełnie inna para kaloszy. Wyobraźcie sobie, że widzicie 10 dróg, wszystkie prowadzą niby w tym samym kierunku, ale po przejechaniu 1 km widzicie już tylko 5 dróg, bo pozostałe gdzieś po drodze odbiły. Podobno trzeba pytać lokalsów o drogę. Jednak pytania w stylu „czy droga po której jedziemy, to dobra droga?” nie są najszczęsliwsze, bo np. za 300 m trafimy na rozwidlenie i co dalej? (I dalej, po kolejnych 300 m, trafimy na kolejne rozwidlenie) Mongołowie często tłumaczą drogę tak: „Widzisz tamte górki? To przez 40 minut kieruj się na drugi szczyt od lewej, a potem skręć w prawo i jedź tak z 30 minut to zobaczysz taki most, to jedź w jego kierunku. Jak go przejedziesz, to w lewo i już potem prosto”. Tam, gdzie byłem pewny, że dojadę pierwszego dnia, dojechałem trzeciego. Innym problemem są ciągłe burze. W lipcu burze są codziennie. I to nie, że jedna. Dwie, trzy. Czasem jest tak, że stoi się w miejscu i ma się dwie burze jednocześnie po obu stronach horyzontu. Najgorzej, jeżeli obie idą w twoją stronę (zdarzyło mi się raz). Na stepie przed burzą się nie schowasz 🙂 Po ulewie cały step staje się jedną wielką rzeką. Kto jeździ motorem, ten wie jak ciężko jeździ się po błocie, kamieniach i piachu, a tego jest tutaj mnóstwo. Trzeba być naprawdę dobrze przygotowanym.

Mongolia

Dojazd z lotniska do centrum Ułan Bator

W sumie od tego powinienem zacząć 🙂 Dolecieć do stolicy Mongolii lotem bezpośrednim z Polski, w momencie, gdy piszę te słowa, się nie da. Najkorzystniej cenowo i czasowo wyglądają loty przez Moskwę i Berlin. Lotnisko w Ułan Bator jest oddalone od centrum miasta o zaledwie kilkanaście kilometrów. Taksówka z lotniska do centrum miasta powinna kosztować 10 000 tugrików, ale wiadomo taksówkarze próbują zedrzeć z turysty, ile tylko mogą. Dobrą opcją jest autobus. Kosztuje on 500 tugrików za jeden kurs, płaci się kierowcy przy wsiadaniu. Problem jest tylko taki, że ostatni odjeżdża koło godz 21. Nie ma jakiegoś ściśle określonego rozkładu, autobusy przyjeżdżają trochę jak chcą, średnio co 10 – 15 minut. Gdy lądujemy o godz. 21, to szanse, że złapiemy jakiś autobus są już praktycznie żadne. Najważniejsza informacja – na lotnisku wsiadamy w autobus numer 7 (tu jest przystanek), ale możemy podejść kilkaset metrów i (tutaj) wsiąść w 7 lub 9. „Dziewiątka” kursuje parę / paręnaście minut dłużej. Zatem, gdy ucieknie ucieknie wam ostatnia „siódemka”, to szybciutko, szybciutko, a może jeszcze złapiecie autobus numer 9.

Ułan Bator

Przed wyjściem z lotniska warto załatwić jedną sprawę – wymienić pieniądze. Kantor (a w zasadzie bank) wydaje się, że pracuje całą dobę i oferuje zaskakująco dobry kurs. Naprawdę spread jest minimalny! Trzeba tylko mieć turbo pojemny portfel. Wymiana 200 dolarów sprawiła, że ponad połowę pieniędzy miałem luzem w plecaku, bo nie miałem w co je wsadzić. To akurat ciekawe zjawisko. W Mongolii mało osób nosi portfele. Kobiety najczęściej, gdy przychodzi do płacenia, otwierają torebkę, wkładają rękę, wyciągają garść banknotów i, po przeliczeniu, przekazują kasjerowi.

Mongolskie pieniądze
200 dolarów.

Zwiedzanie Mongolii

Ponieważ jest to kraj nomadów, namiot rozbić można dosłownie wszędzie. Trzeba tylko mieć na uwadze burze, o których wspominałem wcześniej, wilki, których ponoć jest bardzo dużo i psy pasterskie, które są wyjątkowo agresywne. Ja starałem się rozbijać tak, żeby w zasięgu wzroku mieć jakieś jurty, a najlepiej jakąś małą wioseczkę. Trzeba pamiętać, że na stepie najbliższa cywilizacja jest odległa o kilkadziesiąt kilometrów. W zasadzie, oprócz Ułan Bator, nie mamy co liczyć na jakąkolwiek pomoc medyczną. Helikopter? Szpital? Nie ma szans. Jedyna nadzieja to lokalna społeczność, ale jeżeli coś nam się przytrafi na totalnym pustkowiu… pozostanie modlitwa.

Mongolia

Z informacji praktycznych warto wspomnieć, że raczej nie musimy się obawiać o paliwo. Po prostu trzeba tankować przy każdej okazji. Na szczęście, praktycznie każda mała wioseczka ma przynajmniej jedną stację benzynową. Jeżeli jakaś mieścinka jest zaznaczona na mapie, to z prawie 100% pewnością możemy zakładać, że tam zatankujemy. Nawet, jeżeli owa mieścinka znajduje się na totalnym wypuczajewie, gdzieś na stepie 100 km od cywilizacji. Właśnie owe 100 km to taka odległość, w ramach której możemy szacować, że jakaś stacja powinna się gdzieś trafić.

Mongolia
Tutaj akurat doskonale widać, że wszystkie drogi prowadzą w tym samym kierunku.

Narzekałem na zasięg telefonii komórkowej. W stepie faktycznie nie ma, ale podobnie, jak ze stacjami benzynowymi, wystarczy wjechać do byle jakiej pipidówki, a będzie nie tylko zasięg, ale i Internet! 3G minimum! Na pewno działa on lepiej, niż można by przypuszczać. Nie ma jednak co przesadzać, że wszystko pięknie funkcjonuje. Otóż w hotelach, i to nie tylko w miasteczkach na stepie (gdzie jest stosunkowo drogo), ale także w Ułan Bator (gdzie jest znacznie taniej, bo są zwykłe motele), z rana zazwyczaj nie ma ani wody ani prądu. Podobno jest to coś całkowicie normalnego. Przestrzegam po prostu przed odkładaniem prysznica lub podładowywania elektroniki. Jest woda? Kąpiemy się. Jest prąd? Ładujemy elektronikę. W jurcie nawet na takie wygody nie mamy co liczyć. Mongołowie mieszkający w jurtach myją się deszczówką, prąd natomiast pobierają albo z solarów, albo z akumulatorów. Normalnego dostępu do bieżącej wody, czy prądu zwyczajnie nie ma.

Mongolia

Wiadomo, jadąc do Mongolii każdy marzy o spaniu w jurcie. Moim zdaniem jest bardzo wygodnie i, wbrew temu co wyczytałem w Internecie, wcale nie było zimno (byłem w lipcu). Gorzej, że najczęściej za taką przyjemność przyjdzie nam zapłacić. Możemy próbować zawrzeć znajomości z jakimiś ludźmi na stepie, ale przy barierze językowej jest to trudne. Wyjścia są dwa. Pierwsze to ger campy. Są to zorganizowane dla turystów osiedla jurt. Trochę takie hotele na stepie. Bardzo często jest tam prąd i bieżąca woda. Czasem nawet ręcznik można dostać. Niewiele ma to jednak wspólnego z prawdziwą jurtą. No i kosztuje całkiem sporo. Słyszałem o cenach rzędu 30 dolarów za noc. Ger campy można najczęściej spotkać w miejscach, do których przyjeżdżają turyści, czyli np. wokół Ułan Bator jest sporo, ale także przy świątyniach buddyjskich się znajdą. Tutaj znajduje się mapka, która pokazuje położenie (chyba) wszystkich ger campów. Żeby zaznać trochę bardziej prawdziwego życia w jurcie, możemy próbować w miejscach, w których sprzedaje się jedzenie. Tam najczęściej możemy spotkać kogoś, kto trochę o angielsku umie i po krótkiej rozmowie powinniśmy otrzymać zaproszenie. Mongołowie wiedzą, że turyści mają pieniądze. Za miejsce w takiej jurcie zapłacimy 20 000 – 40 000 tugrików. Niestety, zero wygód, ale przy odrobinie szczęścia w cenie zobaczymy zabijanie owiec, a nawet przeżyjemy mongolską ucztę (co, ze względu na smak mongolskiego jedzenia, jest raczej traumatycznym przeżyciem).

Jurta

Co można zobaczyć w Mongolii?

Wbrew pozorom ten kraj to nie tylko bezkresne puste przestrzenie. Na zachodzie mamy przecież bardzo wysokie góry – Ałtaj, południe to mocno zróżnicowana pustynia Gobi, jest stosunkowo nowoczesne Ułan Bator, są różne świątynie buddyjskie. Jest tego całkiem sporo. Jednak, żeby doświadczyć prawdziwej przygody i ujrzeć najpiękniejsze krajobrazy, trzeba zjechać z głównych dróg. Step wcale nie jest ciągle płaski. Ba! Prawie nigdy nie jest płaski. To sprawia, że krajobraz jest często naprawdę piękny.

Mongolia

Nie oddalając się za bardzo od stolicy można zobaczyć największy na świecie pomnik jeźdźca na koniu. Jest to jednocześnie największy na świecie pomnik Czyngis-chana, bo to on na owym koniu siedzi. Miejsce jest doskonałym celem na pierwszą wyprawę poza stolicę, żeby troszkę się oswoić z Mongolią, jednocześnie nie tracąc za bardzo kontaktu z cywilizacją. Sam pomnik robi całkiem niezłe wrażenie, choć wygląda trochę plastikowo. Wokół znajdziemy kilka miejsc, gdzie można za niewielką opłatą postrzelać z łuku, albo potrzymać na ręku orła stepowego. Do środka pomnika można wejść za 30 000 tugrików. Prawie całe „muzeum” to sklepiki z pamiątkami. Są jednak dwie ciekawe atrakcje. Pierwsza to możliwość wejścia tak jakby na koński krzyż i zrobienia sobie zdjęcia z twarzą Czyngis-chana. Druga to malutkie muzeum, do którego trzeba zejść po schodach na dół. Bardzo łatwo to miejsce przeoczyć, bo nie jest w ogóle oznakowane, a wspomniane schody nie rzucają się w oczy.

Pomnik Czyngis-chana

Mongolia może być też celem dla osób zafascynowanych buddyzmem. Różnych przydrożnych kapliczek nie zliczę, ale w kraju znajdują się trzy duże ośrodki buddyjskie. Jedno jest bliskie Tybetowi, drugie całkowicie przeciwne, trzecie natomiast jest uznawane za „rządowe”. To ostatnie, Gandan, znajduje się w Ułan Bator i, moim zdaniem, jest zdecydowanie najmniej ciekawe. Przepięknie umiejscowione jest Amarbajasglant. Dojazd tam jest bardzo trudny. Asfaltu nie ma. Jedyny plus, że większość dróg jakie widzimy przed sobą prowadzi własnie do klasztoru, z tego też powodu uznaję, że jest to dobre miejsce na pierwszą wyprawę na step. Nie powinniśmy się zgubić, a nawet jeśli, to na tyle często przejeżdżają tam turyści, że o drogę zawsze jest się kogo zapytać. Sam dojazd i klasztor są naprawdę piękne! Zdecydowanie polecam. Ostatni buddyjski ośrodek, Erdenedzuu, znajduje się w dawnej stolicy Mongolii, Karakorum. Największe wrażenie robi z zewnątrz, wygląda bowiem na małą twierdzę. Jest to też najbardziej turystyczny klasztor, a to głównie dlatego, że dojazd z Ułan Bator jest wyjątkowo prosty. Prawie cała droga jest asfaltowa 🙂 Klasztory są ciekawe. Przy odrobinie szczęścia można zobaczyć mnichów buddyjskich odprawiających modły. Niestety, nie można robić im zdjęć. Zazwyczaj najstarszy mnich siedzi z boku i bacznie obserwuje turystów, przeganiając tych, którzy łapią za aparaty.

Amarbajasglant
Amarbajasglant.

Wyjazd do Karakorum polecam, ponieważ bardzo blisko mamy kolejne dwie atrakcje. Pierwszą jest Dolina Orkhon. Trudno dostępna, ale jakże piękna! Warto się wybrać. Można się przejechać albo zwyczajnie wybrać się na trekking. Na jej terenie znajduje się też wyjątkowo popularny wśród turystów wodospad. W stronę Ułan Bator mamy za to małą Gobi, czyli pustynię Khugnu Tarna. Bardzo dużo piasku, wielbłądy i turyści. Jeżeli nie jesteście w stanie dotrzeć do Gobi, a chcecie zobaczyć największą plażę w życiu (chyba, że byliście już na innej pustyni) to tego miejsca przegapić nie możecie, tym bardziej, że również jest bardzo łatwo dostępne.

Khugnu Tarna
Khugnu Tarna.

Podkreślę jeszcze raz, mi najbardziej podobały się miejsca najbardziej dzikie. Tam, gdzie, jak teraz o tym myślę, było głupio zapuszczać się samemu. Bezkresne stepy, miliony dróg, zwierzęta, jurty. Najlepiej chyba będę wspominał drogi pomiędzy Bulgan, Khishing-Undur, Dashinchilen i Doliną Orkhon. Nie były to łatwe drogi, ale na pewno nie aż tak trudne, jak te, którymi gnałem w kierunku Gobi (mniej więcej te rejony). Wciąż uważam, że trochę głupotą było zapuszczanie się tam samemu, ale stosunek widoczków do trudów podróży wypadał bardzo korzystnie. Mongolia daje po dupie okrutnie, ale wspomnienia zostają niesamowite.

Mongolia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *