Cesarskie Miasta z Rainbow

Wyjazd do Maroka to był pierwszy i, jak na razie, jedyny raz w moim życiu, gdy zdecydowałem się skorzystać z usług biura podróży. Bałem się Afryki, bałem się też zupełnie innej kultury islamskiej, chciałem też zobaczyć, jak to jest pojechać na zorganizowaną wycieczkę. Dzięki temu przekonałem się, że wolę podróżować sam 🙂

Odwiedzane miejsca

Rainbow ma w swojej ofercie dwie oferty wyjazdów do Maroka – Magiczne Południe, które jest bardziej nastawione na podziwianie przyrody i Cesarskie Miasta, w ramach której zwiedzimy najważniejsze miasta i poznamy dość dobrze tutejszą kulturę i historię. Są jeszcze wyjazdy typowo wypoczynkowe, ale wiadomo, że ja na plaży leżeć nie lubię, więc mnie one kompletnie nie interesowały. Wybrałem Cesarskie Miasta. O doświadczeniach wyjazdu z biurem podróży piszę niżej, teraz pozwolę sobie prześledzić plan wycieczki.

1. Agadir

Tu zaczynamy i kończymy przygodę z Marokiem. Obecnie widzę, że plan jest nieco zmieniony, ale, gdy ja jechałem do Maroka, po przylocie mieliśmy około pół dnia dla siebie. Tak samo w dzień wylotu od rana do wczesnego popołudnia każdy mógł robić to, na co miał ochotę. Cała grupa została podzielona na trzy części, największa, w której ja się znalazłem, została zakwaterowana w hotelu Les Omeyades. I to chyba najlepiej przeze mnie wspominany hotel. Na pewno nie można powiedzieć, by był luksusowy, raczej standard taki średni, ale klimat w środku, architektura i w ogóle całokształt – super! Cała baza hotelowa znajduje się w bardzo turystycznej dzielnicy, bardzo blisko oceanu. Spacerując tam można odnieść wrażenie, że Agadir przypomina trochę europejskie miasta. Gdy jednak odważymy się opuścić ten śliczny rejon, możemy trafić do dzielnic, w których atmosfera jest zdecydowanie inna, na ulicach jest brudno, tłoczno, i, po zachowaniu miejscowych, można odnieść wrażenie, że turysta jest tam rzadkim i niechcianym widokiem.

Agadir
Centrum Agadiru. Widać, że turystyczne miasto.

W Agadirze razem z przewodnikiem wjedziemy tylko na kazbę, wzniesienie, z którego widać całe miasto, i na którym można się przejechać na wielbłądzie. Poza tym jesteśmy zostawieni sami sobie, ale jest to całkowicie zrozumiałe. Na początku jest to miejsce, z którego będziemy ruszać w podróż, a na końcu służy za sypialnię przed lotem do domu. Agadir w połowie XX w. nawiedziło trzęsienie ziemi. Od tego czasu miasto praktycznie zbudowano na nowo. Widać to, i to bardzo. Agadir nie przypomina innych marokańskich miast. Szczególnie dzielnica turystyczna jest zupełnie innym światem. Pełno tu luksusowych hoteli i restauracji (które są chyba najdroższe w całym Maroku). Jest też stosunkowo czysto. Największą atrakcją Agadiru jest piękna, 10-kilometrowa, piaszczysta plaża. Jedyna okazja w trakcie całej podróży, by się poopalać i popływać w oceanie. Ostrzegam jednak, że fale tutaj potrafią być wysokie. Po raz pierwszy doświadczyłem, jak szybko prądy podwodne potrafią wyciągnąć człowieka na pełen ocean. Dobre 20 minut zajął mi powrót na plażę, bo musiałem walczyć z wodą, która mnie wciąż próbowała porwać, a dosłownie chwila wystarczyła, bym został wyciągnięty daleko od brzegu. Trzeba umieć dobrze pływać! Ostrzegam, bo ja byłem bardzo zaskoczony. A jak ktoś pływa kiepsko, to nie ma szans, że sobie poradzi.

Agadir
Widok z kazby na Agadir.

Wyjeżdżając z Agadiru zatrzymamy się koło człowieka, który zarabia na życie tresowaniem kóz tak, żeby chodziły po drzewie. On doskonale wie, kiedy turyści będą jechać. Stoi z kozami i czeka. Za zrobienie zdjęcia, należy dać mu parę dirhamów. Dobra, wsiadamy w autobus i jazda.

Maroko

2. Marrakesz

To moje ulubione miasto! I podobno niezwykle popularne także wśród młodych Marokańczyków, jako miejsce, do którego jedzie się w weekend trochę poimprezować. Bardzo charakterystyczne ze względu na kolor ochry, którym pokryte są wszystkie budynki. Dodatkowo Marrakesz jest też uznawany za miasto ogrodów i faktycznie najróżniejszych roślin jest tam całe mnóstwo! Połączenie czerwieni z zielenią sprawia, że po prostu aż chce się patrzeć na otaczającą okolicę. Zwiedzanie Marrakeszu to jeden z najbardziej napiętych dni. Zwiedzanie zaczyna się od medresy Ben Jusufa, następnie mamy Muzeum Marrakeszu, grobowce Saadytów i pałac El-Bahia. Do tego momentu można by powiedzieć, że jest raczej nudnawo. Co prawda wspomniane zabytki to zdecydowanie jedne z najważniejszych turystycznie atrakcji miasta, ale jednak szczególnego wrażenia nie robią. I nawet jak poczyta się relacje w Internecie, to można znaleźć bardzo sprzeczne opinie. Na pewno ze względów historycznych miejsca te są bardzo ważne, ale jeśli chodzi o walory wizualne, to już niekoniecznie 🙂

Marrakesz
Grobowce Saadytów.

Dalsza część dnia jest znacznie lepsza. Pani przewodnik zaprowadzi nas do medyny, starej części miasta i przeprowadzi przez suk – marokański targ. Jak wygląda taki suk? Wyobraźcie sobie wąskie uliczki, pełno ludzi i sklep przy sklepie, a w tych sklepach wszystko, od słodyczy, przez mięso z zabijanych przy kliencie kur, sukna, przyprawy, biżuterie… Są też różnego rodzaju usługi: fryzjerzy, mechanicy, golibrodzi, dentyści… Słowem wszystko. Suk przy pierwszym kontakcie przeraża. Gwar i tłok jest olbrzymi. Gdyby człowiek wybrał się tam sam… mógłby czuć się mocno nieswojo. Ważna informacja – ciężko robić zdjęcia, bo Marokańczycy bardzo tego nie lubią i, albo każą sobie płacić, albo po prostu przepędzają. W między czasie wejdziemy też do zielarni berberyjskiej. Oczywiście, jest to wszystko przygotowane pod turystów i nie wiem, ile w tym autentyczności, ale na pewno całe „show” jest super! Prowadzący „aptekarz” mówi dość dobrze po polsku, chociaż często myli słowa i zdarza mu się powiedzieć coś, co brzmi dla nas zwyczajnie śmiesznie. Facet opowiada bardzo ciekawie, pokazuje różne zioła, a na koniec, oczywiście, zachęca do ich kupna. Ja osobiście polecam kupić wyroby z oleju arganowego, bo później w lepszej cenie będzie ciężko znaleźć.

Marrakesz

Wieczór kończymy pod meczetem Koutoubija. Meczetu się nie zwiedza, więc możemy sobie na niego tylko popatrzeć z zewnątrz. Trzeba uważać, bo jest tu sporo osób poprzebieranych w ludowe stroje. Jeżeli któryś z nich zauważy, że robimy mu zdjęcie, zaraz przybiegnie po pieniądze i nie odpuści, dopóki ich nie dostanie. Nie zaskoczę chyba, jeżeli dodam, że oni często sami specjalnie włażą w kadr. Po cyknieciu fotek przechodzimy na plac Jamaa el-Fna – niesamowitego miejsca! Czego tu nie ma! Żonglerzy, zaklinacze węży, fakirzy, treserzy małpek, uliczne bijatyki, restauracyjki, soki wyciskane z owoców, wróżbici, samozwańczy dentyści i wielu, wielu innych. Wbrew pozorom nie ma tu aż takiego nagabywania, jak w innych częściach miasta. Często widać, że Marokańczycy bawią się tutaj sami ze sobą, ale i tak radzę ostrożność! W tłumie grasują różni kieszonkowcy, którzy korzystają, gdy turysta jest zbyt zaaferowany tym, co się wokół dzieje. Atmosfera jest niesamowita! Najfajniejsze miejsce z całego wyjazdu.

Jamaa el-Fna

Z obowiązku kronikarskiego dodam, że w Marrakeszu spaliśmy w hotelu Oudaya. To był mój chyba drugi ulubiony hotel, po tym w Agadirze. Uprzedzam jeszcze, że w Marrakeszu jest gorąco. Tak jak w Agadirze było dwadzieścia-kilka stopni, tak w Marrakeszu trzydziestka była przekroczona dość wyraźnie.

Marrakesz
Suk w Marrakeszu.

3. Ifrane

Jadąc z Marrakeszu do Fezu przejeżdżamy przez piękne góry Atlasu Średniego. Niestety, możemy je sobie pooglądać tylko przez szybę autobusu 🙂 Po drodze zatrzymujemy się na chwilę w Ifrane. Jest to miejscowość z zupełnie innej bajki. Bardzo ładna, bogata, jest marokańskim centrum sportów zimowych. Nie do końca rozumiem, po co tam pojechaliśmy. Chyba tylko, żeby się schłodzić po gorącym Marrakeszu – Ifrane, jak na miejscowość górską przystało, jest dość zimne. Dostaliśmy tutaj trochę czasu wolnego, żeby sobie pochodzić i tyle, jedziemy dalej.

Ifrane

4. Fez

To chyba drugie, najciekawsze miasto. Dość wyraźnie widać tutaj różnice między starym, a nowym Fezem. Przez większość historii Maroka, to była jego stolica. Dopiero francuska kolonizacja na stałe odebrała Fezowi jego autorytet na rzecz Rabatu. Zwiedzanie zaczęliśmy od Fes el-Dżdid, czyli Nowego Fezu. Okazało się, że wcale taki nowy to on nie jest, bo jego projekty sięgają XIII w. Zobaczymy tutaj pałac królewski, Dar el-Makhzen, ale, niestety, tylko z zewnątrz, a następnie przeniesiemy się do mellah, czyli starej, teraz już dość opustoszałej, dzielnicy żydowskiej. Spacerek kończymy w starej synagodze Danan, gdzie pokazana nam zostanie zabytkowa tora, a raczej jej kawałek, bo strażnik nie pozwolił na jej całkowite odkrycie.

Fez
Dzielnica żydowska.

Dalej wsiadamy w autobus i jedziemy na wzgórze tuż za miastem, by móc popodziwiać cały Fez z lotu ptaka. Widoczek naprawdę zacny. Jedyne, co psuje klimat, to dziesiątki Marokańczyków, którzy ustawiają się za płotem (bo wstępu na wzgórze nie mają) i próbują przez kraty sprzedać najróżniejsze pamiątki. Wygląda to bardzo smutno.

Fez

Kolejna atrakcja to „fabryka” ceramiki. Działająca w rzeczywistości, co budzi podziw. Zobaczymy krok po kroku jak powstają różnego rodzaju naczynia, czy posadzki. Wszystko jest robione ręcznie! Bardzo fajne i ciekawe miejsce. Na koniec oczywiście będzie możliwość kupienia sobie ceramicznej miseczki, albo czegoś w tym stylu. Niestety, ceny są chyba przygotowane pod turystów, bo dla mnie było zwyczajnie drogo i ostatecznie skusiłem się tylko na malutką miseczkę, która i tak mi się zbiła w samolocie 🙁

Fez

Kolejny punkt programu to zwiedzanie starej mediny Fes el-Bali, która jest jeszcze ciekawsza, bardziej kolorowa i gwarna niż ta w Marrakeszu! Wejścia do mediny broni zabytkowa brama Bab Bu Dżelud. Zaraz za bramą jest jeden z najsłynniejszych zabytków Fezu – medresa Bu Inania. Przyznam szczerze, na mnie wrażenia nie zrobiła. Żałuję, że wcześniej się trochę niedoedukowałem, bo może poświęcił bym jej większą uwagę, a tak, nawet jednego zdjęcia tam nie zrobiłem. Przejdziemy też obok jednego z najważniejszych meczetów w Maroku – Al-Karawaijjin oraz mauzoleum Mulaja Idrysa II. Żadnego z tych dwóch miejsc nie zwiedzimy, bo wejść do środka mogą tylko muzułmanie.

Fez
Bab Bu Dżelud.

W ramach zwiedzania Fezu odwiedzimy jeszcze garbarnie skór (najprawdopodobniej była to garbarnia Chouarasa, ale głowy nie dam) i warsztat tkacki. Garbarnie ogląda się tylko z dachu. Przed wejściem dostajemy jakieś ziółka, które mamy sobie wąchać, bo zapach z garbarni jest wyjątkowo nieprzyjemny. Myślę, że była to trochę przesada, bo aż tak nie śmierdziało, ale i tak co wrażliwsze kobietki stamtąd uciekały. Na koniec oczywiście wizyta w sklepie z płaszczami, torebkami i innymi tego typu rzeczami, oczywiście ze skór. Jeżeli ktoś liczy na świetną okazję, to się przeliczy… Jest bardzo drogo! Warsztat tkacki był również ciekawy i jego zwiedzanie również kończyło się możliwością kupna różnych wyrobów, również niezbyt przystępnych cenowo.

Garbarnia Chourasa

Pomimo, że zwiedzania w Fezie było dużo, to wyrobiliśmy się na tyle szybko, że po powrocie do hotelu, było jeszcze sporo czasu, żeby pozwiedzać miasto na własną rękę. Co ciekawe, tylko ja i jeszcze jeden pan ruszyliśmy tyłki. Reszta wolała się rozwalić w pokoju. Zdecydowanie zachęcam do zwiedzania! Miasto jest względnie bezpieczne, a są tam naprawdę fajne i klimatyczne miejsca, warto sobie jeszcze „dołazić” to, czego z przewodnikiem się nie widziało. Bij, zabij, ale nazwy hotelu nie pamiętam. Wiem, tylko, że był bardzo blisko alei Muhammada V, bardzo ładnej swoją drogą.

Fez

5. Volubilis

Volubilis jest dawną rzymską osadą. Najstarsze ślady wskazują, że mogła tu być stolica berberyjskiej Mauretanii. Po podbiciu przez Rzymian w I w. Volubilis już oficjalnie było stolicą rzymskiej prowincji. Miasto zaczęło podupadać, gdy w VIII w. założono w pobliżu Meknes. Ostatecznie zostało zniszczone w XVIII w. przez trzęsienie ziemi. Pod koniec XIX w. zaczęto prowadzić wykopaliska i badania, które w różnym stopniu trwają do dziś, podobno, po części finansowane przez Francję. Dziś Volubilis to taka trochę kamieni kupa, aczkolwiek muszę przyznać, że historia i ciekawostki opowiedziane tutaj przez panią przewodnik były bardzo interesujące.

Volubilis

Jest jeszcze jedna rzecz, która mi się z tym miejsce kojarzy – stada bocianów. Tak – stada. Okazuje się, że w Maroku jest dużo więcej bocianów niż w Polsce, a Volubilis to jedno z ich ulubionych miejsc. Naprawdę, tylu bocianów w jednym miejscu jeszcze nie widziałem. Muszę przyznać, że widok to bardzo specyficzny… Bociany, które budują gniazda na zabytkowych kolumnach… 🙂

Volubilis

6. Meknes

Meknes to dziś już miasto trochę podupadłe, ale w wizji sułtana Mulaja Ismaila miało być marokańskim Paryżem, zachwycającą stolicą. Ponieważ ukształtowanie terenu nie pomagało w obronie, całe miasto zostało otoczone murem obronnym, a wjazd odbywał się przez jedną z wielkich bram. I właśnie brama, a konkretnie Bab el-Khemis, jest jedną z wielkich atrakcji tego miasta 🙂 W ogóle, Meknes to miasto bram, bo będziemy podziwiać jeszcze jedną, podobno najpiękniejszą w całym Maroku – Bab el-Mansour. Poza tym połazimy po mauzoleum Mulaja Ismaila, zobaczymy stajnie i spichlerze. Przejedziemy się też do jednej z posiadłości królewskich i zobaczymy ogród należący do obecnego władcy. Później dostaniemy czas wolny. Za mało czasu wolnego, by wybrać się na samodzielne zwiedzanie, a za dużo, by się nie znudzić. Meknes można uznać za mało ciekawy.

Meknes
Bab el-Mansour.

7. Rabat

Rabat mocno różni się od innych miast. Nie ma aż tak rozbudowanej starówki, jest nieco bardziej nowoczesny i stosunkowo niewielu tam turystów. Zwiedzanie zaczynamy od pałacu i meczetu królewskiego, które, niestety, znowu obejrzymy tylko z zewnątrz. Plus jest taki, że tutaj można robić zdjęcia żołnierzom.

Rabat
Pałac królewski.

Bardzo fajnym miejscem jest nekropolia Szalla połączona niejako z ruinami starego portu Sala Colonia, który przestał istnieć w XIII w. Sam spacer tutaj jest niesamowity. Idzie się bowiem przez dzikie ogrody, wącha się najróżniejsze krzewy i podziwia bardzo ładne widoki. Pisałem, że w Volubilis było dużo bocianów? Tutaj jest ich dużo, dużo więcej! Przewodniczka twierdziła, że są też dość agresywne, więc trzeba uważać i nie podchodzić za blisko.

Sala Colonia

Ostatnią, ale jakże ważną atrakcją miasta jest mauzoleum Muhammada V. Piękne miejsce z dużym placem przed wejściem. Jest to miejsce spoczynku nie tylko Muhammada V, ale także i Hassana II. Można więc się domyślać, że dla Marokańczyków jest to miejsce niezwykle ważne. W środku można zobaczyć grób Muhammada V. Zdjęć robić nie można, ale nikt do końca tego nie pilnuje. Warto jednak uważać, bo na pewno nie jest to miejsce, w którym ktokolwiek miałby ochotę na żarty.

Grób Muhammada V

Przed wyjazdem z miasta poszliśmy jeszcze do kazby Oudaya. Przepiękne miejsce, z wąziutkimi uliczkami i domkami pomalowanymi na biało – niebiesko. Po przejściu całej dzielnicy wychodzi się na otwarty plac z pięknym widokiem na ocean i plażę.

Kazba Oudaya

8. Casablanca

Każdy ma błędne wyobrażenie tego miasta, jako pięknego i romantycznego. Casablanca, to najbardziej niebezpieczne, brudne i brzydkie miasto, jakie widziałem w Maroku! Przewodniczka twierdziła, że nawet 5 milionów osób mieszka tutaj w slumsach! Jest to największa wylęgarnia marokańskich terrorystów. Dostaliśmy bardzo wyraźne instrukcje, by wieczorem nie wychodzić na miasto, a już absolutnie nie samemu. Wyszliśmy więc grupą ponad 10 osób i było spokojnie, ale wrażenie miasto i tak robi jak najgorsze.

Casablanca

Jedyne, co jest tutaj warto zobaczenia, to meczet Hassana II. Jest to trzeci, największy meczet na świecie. I jedyny do jakiego może wejść turysta w Maroku. Powiem szczerze, robi olbrzymie wrażenie. Jest naprawdę przepiękny. Szkoda tylko, że poza tym meczetem nic innego, ciekawego w Casablance nie ma.

Meczet Hassana II

Po zwiedzaniu znowu dostaniemy czas wolny. Polecam przejść się wzdłuż wybrzeża. Widoki potrafią być całkiem niebrzydkie.

Casablanca

9. Al Dżadida

Tę miejscowość zapamiętałem bardzo pozytywnie. Zdecydowanie największą atrakcją jest tutaj portugalska forteca Mazagan z ukrytą w podziemiach cysterną (czyli zbiornikiem na wodę). Trochę czasu się tutaj spędza chodząc po murach obronnych wspomnianej fortecy. Później znowu dostaliśmy trochę wolnego. Ja wykorzystałem go na wybranie się na plażę i pochodzenie po starym mieście. Widoczki są niczego sobie. Uroku niewątpliwie dodają też łodzie rybackie. Bardzo fajne, ale widać, że mocno turystyczne miejsce.

Al Dżadida

10. Walidija

Opisy miast są coraz krótsze, bo coraz mniej czasu spędzaliśmy w poszczególnych miejscach. Do Walidiji podjechaliśmy tylko po to, żeby pochodzić trochę po plaży (bardzo ładnej – muszę to przyznać) i zjeść ostrygi. Jest to, podobnie jak Al Dżadida, turystyczna miejscowość, w której latem podobno jest bardzo tłoczno. Słynie ona właśnie z ławic ostryg. Długo musieliśmy czekać, by ktoś się nami zainteresował. W zasadzie dopiero, gdy wsiadaliśmy do autobusu (przewodniczka chyba straciła już nadzieję) rzuciło się na nas kilku tutejszych sprzedawców. Na rowerach mieli kosze, a w nich pełno świeżo złowionych ostryg. Kto był odważny, ten próbował. Sprzedawca przy kliencie otwiera muszlę, polewa sokiem z cytryny i podaje do jedzenia. Spróbowałem, a jakże. To była najbardziej obrzydliwa rzecz, jaką miałem kiedykolwiek w ustach. Momentalnie odezwał się odruch wymiotny i ostryga wylądowała na ulicy. Proszę jednak pamiętać, że ja nienawidzę owoców morza. Inni byli w stanie przełknąć, choć też nie zawsze byli zachwyceni 🙂

Walidija

11. Safi

Po drodze wjechaliśmy dosłownie na chwilę do Safi. Jest to port rybacki oraz ośrodek wydobycia fosforytów. Miasto największą sławę zyskało dzięki ceramice i właśnie jako „stolica ceramiki” jest często określane. Tę kilkadziesiąt minut, jakie tutaj spędziliśmy, poświęciliśmy na przejście się na targ, gdzie można było spróbować pieczonych orzechów w najróżniejszych polewach / posypkach / czymbądź. No i oczywiście, była to ostatnia szansa na kupno wyrobów ceramicznych. Wciąż nie uważam, żeby było to tanie, ale na pewno ceny były znacznie niższe niż we Fezie. Polecam, na początku wyjazdu zapytać przewodniczki, czy Safi nie zostanie pomięte i, jeżeli nie, to powstrzymać się od zakupów w Fezie. Poza tym miasta w ogóle nie widziałem i nic mojej uwagi nie przykuło.

Safi

12. Essaouira

Założona jako enklawa piratów, dziś stanowi przede wszystkim port rybacki i atrakcję turystyczną. I obie te funkcje są bardzo widoczne. Essaouira jest bardzo klimatyczna, można by wręcz powiedzieć, że śliczna. Stanowi też trochę bastion marokańskich artystów, bo nigdzie indziej nie widać tylu dzieł, czy to malarskich, czy rzeźbiarskich… oczywiście, wszystko na sprzedaż. Jest to też najdroższe, oprócz Agadiru, miasto w jakim byliśmy. Za wiele tutaj nie zwiedzaliśmy (szczerze, nie pamiętam, czy cokolwiek). Dostaliśmy za to dobre parę godzin (!) czasu wolnego, żeby porobić zakupy i najeść się w knajpkach. To była dla mnie gruba przesada. Łażenie po sklepach kompletnie mnie nie interesuje, a w samym miasteczku naprawdę nie ma nic nadzwyczajnego, co można by zobaczyć. Smęciłem przeokrutnie łażąc tam i z powrotem i czekając, aż w końcu pojedziemy dalej.

Essaouira

W drodze do Agadiru zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie z wyrobami z oleju arganowego. Polecam! Cenowo było bardzo korzystnie. Ja zostawiłem tego typu zakupy na ostatni dzień w Agadirze i żałowałem.

Olej arganowy

Informacje praktyczne

1. Warto o tym wspomnieć na początku – policji, wojsku i wszystkiemu co związane z królem nie wolno robić zdjęć! Wszelkie pałace królewskie, wizerunki króla, czy jego rodziny nie mogą być utrwalane. Nie jest to czcze gadanie. Jeżeli wycelujemy aparat w jakiegoś policjanta od razu nam pokiwa, że nie możemy mu robić zdjęć. A jeżeli zrobimy… Ja wylądowałem na posterunku, bo przechodziłem koło ogrodów królewskich z wyciągniętą kamerą. Warto o tym pamiętać.
2. Tu płaci się za wszystko. Trzeba liczyć się z tym, że Marokańczycy nie będą turysty z Europy traktować jak człowieka, tylko jak portfel. Za każde zrobienie zdjęcia Marokańczykowi, musimy liczyć się z tym, że przybiegnie po pieniądze. Jeżeli zapytamy kogoś o drogę, najpierw nas tam zaprowadzi, a potem będzie chciał pieniądze. Nikt ci nie pomoże, tak o. A jeżeli nie będziesz chciał zapłacić? Nie odpuszczą, będą za tobą szli, będą cię trzymali za rękę, zaczną hałasować i zwracać na ciebie uwagę. Dla mnie to było właśnie najgorsze. Na ulicy dosłownie co chwilę ktoś podchodzi i coś od ciebie chce. Jeżeli wdasz się w dyskusje, przegrałeś. Prędzej, czy później, Marokańczyk stwierdzi, że jakoś ci pomógł, np. powiedział coś interesującego i, że należy mu się za to zapłata. Są strasznie irytujący. Nigdy jeszcze nie obudziło się we mnie uczucie, że nienawidzę ludzi, ale w Maroku, poziom mojego wewnętrznego wkurwienia przekroczył jakąś magiczną barierę. Warto tu jeszcze wspomnieć, że w hotelach nie powinno się dawać obsłudze napiwków. Oni na pewno będą wyciągać ręce, ale trzeba pamiętać, że dostali już wcześniej odpowiednią zapłatę z wliczonymi napiwkami i sama przewodniczka zwróci uwagę, że trzeba ich oduczyć wyciągania od ludzi pieniędzy. A wracając do pytania o drogę – żaden Marokańczyk drogi nie wskaże, oni zawsze chcą zaprowadzić (oczywiście, na końcu zażądają pieniędzy). I tu ciekawostka – Berberowie oprowadzają tylko po swoich dzielnicach, a na koniec twierdzą, że wszystko w mieście pokazali, że nic innego do zobaczenia nie ma 🙂

Maroko

3. Warto uważać na słońce. To jest Afryka i naprawdę można się bardzo szybko spalić. Ostatniego dnia poszedłem na plażę, żeby trochę się opalić przed powrotem do Polski – skończyło się to poparzonym prawie całym ciałem i poważnym udarem słonecznym. Nie polecam.
4. Co przywieźć z Maroka? Tak, jak pisałem wcześniej – kraj słynie z wyrobów skórzanych, ceramiki, różnego rodzaju ziółek i maści, ale przede wszystkim z oleju arganowego. I to właśnie olej i wyroby z niego (np. mydło) polecam. Ceramikę, czy skóry kupimy w wielu miejscach świata, a olej arganowy jest spotykany w zasadzie tylko w Maroku. O jego niezwykłych mocach na pewno usłyszycie nie raz od przewodniczki.

Ceramika

5. Wszędzie trzeba się targować. Jakie może być pierwsze wrażenie z pobytu w Maroku? Ale tu drogo! Z każdej ceny można zejść co najmniej o połowę. Jest to strasznie denerwujące, bo nawet wchodząc do zwykłego sklepu, nie straganu na targu, tylko sklepu, najczęściej nie uświadczymy cen! I podchodząc do kasy pojęcia nie masz, czy sprzedawca nie robi cię w konia. Na targu, jeżeli nie zakwestionujesz ceny, kupisz coś pioruńsko drogo. A targowanie się trwa, czasem bardzo długo i często kończy się tym, że się nie dogadacie. Skąd masz wiedzieć, za ile minimum sprzedawca jest chętny coś sprzedać? Cały czas ma się poczucie, że można cenę zbić jeszcze bardziej, aż w końcu kupiec sam z obrażoną miną zrezygnuje z dalszych negocjacji. Nauczyłem się w Maroku, że czegoś takiego strasznie nie lubię. Polecam pytać się przewodniczki, ile coś powinno kosztować. Moje obserwacje sugerują, że ceny są podobne, jak w Polsce, może ciut wyższe. Maroko nie jest tańsze od naszego kraju! Ale na pewno nie jest tak straszliwie drogie, jak to się na początku wydaje. Przykład? Na początku kupowałem 2l butelkę wody za 10 dirhamów (ok. 10 zł!!!). Z czasem nauczyłem się, że standardowa cena to 6 dirhamów, a zdarza się, że kupimy za 4.

Maroko

Kuchnia marokańska

Przyznam, że po wizycie w tym kraju, nie dam się zaciągnąć do marokańskiej restauracji. Zdaję sobie sprawę, że restauracje marokańskie w Polsce są na pewno dostosowane do polskiego podniebienia, ale mam na tyle duży uraz, że po prostu nie. Mi Maroko kojarzy się tylko z jednym – tadżinem. To najbardziej charakterystyczne danie i jest dosłownie wszędzie. Według przewodników turystycznych, tadżin to gulasz z wołowiny lub jagnięciny, często podawany z warzywami, gotowany w glinianym naczyniu. Ha ha. Tylko gliniane naczynie się zgadza. Po pierwsze na pewno nie raz na ulicy usłyszycie polskie „kura!, krowa!, koza!” – to jest właśnie nawoływanie do knajpki z tadżinami. Bez względu na to, jakie mięso sobie zażyczymy – dostaniemy kozę, bo jest po prostu najtańsza. Jeżeli faktycznie podadzą nam kurę albo krowę, to cena będzie zauważalnie wyższa, oj mocno zauważalnie (ja kurę dostałem tylko raz w Agadirze, zapłaciłem prawie trzy razy więcej niż zazwyczaj). I warzywa tutaj nie są dodatkiem! Cała misa to prawie same warzywa! Mięso, to w zasadzie kość z jakimiś ochłapami. Dodam jeszcze, że mięso jest zazwyczaj, delikatnie mówiąc, niezbyt smaczne. Na szczęście warzywa dają radę. Są dobrze doprawione i w miarę „wchodzą”.

Tadżin
Tadżin.

Z innych dań, wspomnę zupę, harirę. Zrobiona jest ona z soczewicy, fasoli i, teoretycznie, jagnięciny. Mi przypominała słabą zupę gulaszową. Dobra, ale bez szału. I w zasadzie… to tyle. Przez cały pobyt w Maroku jadłem w zasadzie tylko tadżiny. Czemu? Bo są wszędzie, dosłownie wszędzie. Drugi powód – w Maroku językiem urzędowym jest francuski, po angielsku prawie nikt i prawie nic. Nie potrafiłem się więc dogadać, zapytać, co mają w ofercie (bo menu to prawie nigdy nie mają), ani ustalić, czym dana potrawa w ogóle jest. Dwa razy zaryzykowałem, dwa razy mocno żałowałem. Uznałem, że tadżiny, mimo iż miałem ich serdecznie dość, są w miarę bezpieczną opcją. Z drugiej strony, jedzenie w hotelu najczęściej potrafiło wystarczyć na cały dzień.

Maroko

Kuchnia marokańska pełna jest wpływów francuskich. Tak twierdzą przewodniki. Gdzie ja widziałem te wpływy? Na śniadaniach hotelowych. Zawsze i wszędzie śniadania są typowo francuskie, na słodko. Jak ktoś lubi słodkie bułeczki, drożdżóweczki, rogaliki i tym podobne, będzie zachwycony.

Maroko

Do picia – herbata. Bardzo dobra. To akurat mogę polecić z czystym sercem. I soki na ulicach. Nie dorównują może tym kolumbijskim, ale wyciskany sok z pomarańczy robi robotę. Trzeba tylko uważać – jeżeli ktoś nam sok zaserwuje, czyli zamiast podać przez ladę, specjalnie do nas podejdzie – będzie chciał za wykonaną usługę pieniądze 🙂 Alkohol? Maroko to kraj islamski, więc jest zabroniony. Ale Maroko, to także najbardziej liberalny kraj islamski 🙂 Polecam pytać się przewodniczki – w dużych miastach, w ciemnych uliczkach znajdują się półlegalne, dobrze zaopatrzone sklepy. Samo kupowanie w takim sklepie to wielkie przeżycie. Najpierw trzeba się odważyć wejść w ciemną uliczkę, potem odszukać odpowiedni budynek, zapukać w blachę (sklepy znajdują się za zasuwanymi blachami, które rozsuwają się, gdy przyjdzie klient), a potem się jeszcze ze sprzedawcą dogadać (sprzedawca też często ma bardziej aparycję bandziora niż biznesmena). Polecam 😀

Maroko

I jeszcze jedna ważna rzecz – jemy zawsze rękami. Polecam też unikać restauracji, w których nie ma miejscowych. Jeżeli zależy wam na autentyczności i dobrym jedzeniu, zawsze trzeba wybierać knajpy pełne Marokańczyków. A czemu jeść rękami? Żeby uniknąć chorób żołądka 😀 Marokańczycy mają zupełnie inne podejście do higieny niż my. Oni nie rozumieją, jak można jeść widelcem, który wcześniej ktoś inny wkładał sobie do ust. Dlatego też sztućce nie zawsze są czyste, najczęściej tylko przetarte szmatką.

Plusy i minusy wyjazdu

Plusy. Muszę przyznać, bez bicia, że wyjazd był świetnie zorganizowany. Wszystko bardzo dobrze zaplanowane, przewodniczka bardzo kompetentna, opowiadała niesamowicie ciekawie. W wiele miejsc sam bym pewnie nie dotarł i tak dużo bym się nie dowiedział. Było wygodnie, bo autobus zawsze czekał, tylko trzeba było wsiąść i niczym więcej się nie przejmować. Hotele czyste, często z basenami (z których nikt, dosłownie nikt nie korzystał). Nie ma się do czego przyczepić… a jednak więcej z biurem raczej nie pojadę.

Les Omeyades
Hotel Les Omeyades.

Minusy. Razem ze mną na wycieczce była jedna dziewczyna (na oko 16 – 17 lat) z mamą, jedna parka (25 – 30 lat), a poza tym sami emeryci. Naprawdę nie byłem na to przygotowany. Poza tym brakowało mi wolności, dlatego często po powrocie do hotelu brałem plecak i zwiedzałem na własną rękę. Nie jestem przekonany, co do autentyczności niektórych odwiedzonych miejsc – np. zakład zielarski wyglądał mi bardziej na sztuczną atrakcję, przez którą przechodzą tłumy turystów. I to, co najbardziej mnie irytowało – ciągłe przerwy na kupowanie prezentów i jedzonko. Za każdym razem jak przewodniczka mówiła „to teraz dwie godzinki, żeby każdy sobie coś kupił”, emeryci robili „łaaaaa!!!!! super!!!!! idziemy!!!!!”, a w mojej głowie było tylko „ja pierdole, znowu”.

Maroko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *