Seszele – informacje praktyczne

Jak nie zgubić się w raju? Wszelkie informacje praktyczne, które moim zdaniem mogą się przydać w trakcie planowania podróży na Seszele. Zapraszam!

Karta SIM

Mamy takie czasy, że z Internetem w kieszeni czujemy się jak półbogowie… albo raczej bez niego czujemy się totalnie bezradni. Pierwszą więc rzeczą, o jaką powinniśmy się zatroszczyć jest lokalna karta SIM. Na Seszelach jest dwóch operatorów: Airtel i Cable & Wireless. Oferują podobne zasięgi, prędkości i ceny. Największą różnicą jest dostępność. Airtel wydaje się być ciut większym operatorem, a na pewno jest szerzej reklamowany. Niektóre linie lotnicze podobno dają turystom na pokładach samolotów darmowe karty SIM od Airtela. Wystarczy je doładować i już. Tu warto nadmienić, że ja leciałem Qatar Airways i oni takiego bonusu nie dają. Podobno obaj operatorzy mają na lotnisku w Mahe swoje stanowiska, ale tutaj ponownie Airtel jest bardziej widoczny, bo… sklepu Cable & Wireless w ogóle nie dostrzegłem. Airtel natomiast jest bardzo charakterystyczny i rzuca się w oczy z daleka. Usadowiony jest mniej więcej pomiędzy halą przylotów a kantorem (który ma bardzo dobre przeliczniki – polecam rozmienić pieniądze już na lotnisku). Przejdźmy do kwestii cen. Omówię tu tylko Airtela, bo to właśnie z jego usług korzystałem. Krótko mówiąc nie jest tanio 🙂 Karta SIM jest wydawana turystom za darmo, ale pakiety są dość drogie. Cena zależy w zasadzie tylko od dwóch kwestii – jak wiele Internetu nam potrzeba i jak długo nasza karta ma być aktywna. Na oficjalnej stronie Airtela ceny są niższe niż w rzeczywistości. Nie wiem, z czego to wynika. Niemniej jednak, za 1,5GB zapłaciłem 400 rupii seszelskich. Karta nadaje się chyba tylko do połączeń lokalnych i surfowania po necie, bo każda próba zadzwonienia za granicę kończyła się komunikatem „service unavailable”. Zasięg jednak jest dość dobry i w 90% miejsc nie miałem żadnych problemów z przeglądaniem stron. Jeżeli ktoś zdecyduje się na Cable & Wireless, proszę o komentarz z opinią 🙂

Poruszanie się po Seszelach

Transport lądowy

Na Mahe i Praslin do wyboru mamy 4 opcje:
1. Wynajęcie samochodu – niestety opcja dość droga. Ja podróżując po świecie przyzwyczaiłem się, że najbardziej standardową ceną za wynajem samochodu to jest 30$ za dzień. Wszystko poniżej tej kwoty uważam za tanie, a powyżej za drogie. Na Seszelach ciężko jest znaleźć coś za mniej niż 40$, a najczęściej ceny za małe autko sięgają 50 – 60$ za dzień. Trzeba jednak przyznać, że organizacja jest super i turyści, których spotykałem i którzy podróżowali wynajętymi autami, byli pod wrażeniem bezproblemowości i łatwości wynajmu. Auto zawsze czekało już na klienta i można je było zostawić w prawie dowolnym miejscu. Wynajem auta ma moim zdaniem sens przy bardzo krótkim pobycie. Gdy jesteśmy na Seszelach tydzień lub więcej można korzystać z innych opcji. Plus jest taki, że nie trzeba łazić po tym górzystym kraju i do każdego sklepu, czy restauracji można sobie tyłek wygodnie dowieźć. Są też plaże, na które autem jest znacznie łatwiej i szybciej dojechać. A drugiej strony każdą wyspę wynajętym autem jesteśmy w stanie w całości objechać w pół dnia. Dlatego, przy dość wysokich cenach, raczej nie zachęcam.
2. Taksówki – opcja jeszcze droższa, mniej wygodna i kompletnie bez sensu. Nie skorzystałem z taksówki ani razu, więc nie powinienem się wypowiadać…
3. Autobusy – opcja śmiesznie tania, średnio wygodna i mało punktualna 🙂 Autobusami dojedziemy na obu wyspach praktycznie wszędzie. Polecam tutaj aplikację maps.me, która ma zaznaczone wszystkie przystanki. Mapy Google pokazują mniej więcej co dziesiąty przystanek. W rzeczywistości jest ich bardzo dużo, są rozlokowane przy każdej atrakcji turystycznej, przy każdej plaży (albo w zasięgu kilkuminutowego spaceru) i co najmniej kilka w każdej miejscowości. Jeden przejazd kosztuje 7 rupii, czyli jakieś 2 złote. Płaci się kierowcy przy wsiadaniu. Jechać można tyle, ile się chce, więc jak wsiądziemy źle, to nie ma problemu, możemy wysiąść tam, gdzie uznamy, że najbardziej nam pasuje. Każdy autobus ma wyświetlony na przedzie cel i trasę, ale spokojnie, jest to mega proste i ciężko się zgubić, co najwyżej zamiast jechać 15 minut pojedziecie godzinę (czyli dookoła wyspy). Tak mi się zdarzyło na Mahe 🙂 W ogóle, na Mahe możecie przyjąć, że każdy autobus jedzie do Victorii, nie ważne gdzie stoicie i w którą stronę. Gdy źle wsiądziecie to zamiast przez środek wyspy (w 15 minut) pojedziecie dookoła (co zajmie godzinę). Po prostu te autobusy jeżdżą non stop w kółko po całej wyspie 🙂 Wady? Na przystanku trzeba machać kierowcy, żeby się zatrzymał, nie ma klimatyzacji (ale są pootwierane wszystkie okna i jest całkiem przyjemnie), czasami jest dość spory ścisk, autobusy nie zawsze przyjeżdżają na czas (warto stać na przystanku tak z 10 minut przed planowanym odjazdem). Tutaj znajdziecie dokładny rozkład jazdy. Może się wydawać dość skomplikowany, ale spokojnie, jak już będziecie na miejscu i ogarniecie mniej więcej co jest gdzie, okaże się, że rozkład jest jak najbardziej sensowny.
4. Autostop – najłatwiejsza i najtańsza opcja. Ludzie zatrzymują się chętnie i wbrew pozorom niczego od turysty nie oczekują. Moja taktyka wyglądała tak – szedłem na przystanek autobusowy i łapałem stopa. Jeżeli się złapał to jechałem autem, a jeżeli wcześniej podjechał autobus, bo jechałem komunikacją publiczną.

Na La Digue transport samochodowy i autobusowy nie istnieje. Jeżdżą tylko karetki. Jedynym środkiem lokomocji jest tutaj rower. To właśnie zatrzęsienie rowerów sprawia, że klimat tej wyspy jest jeszcze bardziej niesamowity. Jeżeli zastanawiacie się, czy będzie ciężko wypożyczyć rower – spokojna wasza rozczochrana. Wystarczy zejść z promu, a już dostaniecie co najmniej sto ofert. Koszt za jeden dzień to podobno powinno być 100 rupii. Ja słyszałem jednak propozycje wypożyczenia za 150… Wielkiego wyboru nie ma, zarówno jeśli chodzi o próby negocjacji, jak i o sam sprzęt. Wydaje się, że na La Digue obowiązuje tylko jeden model – taka trochę miejska damka. Rowerem da się dojechać wszędzie. Przy każdej plaży są wyznaczone miejsca, gdzie się takie rowery zostawia i tyle.

La Digue rowery

Transport między wyspami

Tu opcje są dwie.
1. Prom. Pomiędzy Mahe, Praslin i La Digue kursują promy. Operatorem jest Cat Cocos. Na ich stronie internetowej można zabookować bilety. Ponieważ jednak ich stronka lubi czasem przestać działać, to podsyłam drugą opcję, gdzie również można kupić bilety na Cat Cocos – seychellesbookings. Do wyboru mamy trzy klasy – biznes (najdroższa), Coco de Mer (najtańsza – podróżują nią głównie lokalsi) i Island Hopper Upper Deck. Polecam tą ostatnią. Dopłacamy ok. 20 zł do ceny najtańszego biletu i mamy podróż na pokładzie górnym z ładnym widokiem. Pokład dolny jest w całości zabudowany, a na górnym hula wiatr i można w minibarze kupić jakąś przekąskę, albo coś do picia (niestety, ceny są nieco wygórowane). Na oficjalnej stronie Cat Cocos mamy możliwość rezerwowania biletów jako Early Bird, oczywiście jeżeli robimy to wystarczająco wcześnie. Jeżeli ktoś ma dokładny plan podróży to polecam kupić bilety z tą opcją, co pozwoli zaoszczędzić ok. 40 zł (trasa Mahe – Praslin). Dobra, konkrety. Przejazd Mahe – Praslin trwa godzinę i kosztuje ok. 220 zł (z Early Birdem). Przejazd Praslin – La Digue trwa 20 minut i kosztuje ok. 60 zł (też z Early Birdem). Jeżeli mamy większy bagaż musimy pojawić się w porcie co najmniej godzinę wcześniej, żeby przejść check-in. W każdym innym przypadku wystarczy być z zapasem 15-minutowym. Po zakupie biletów dostaniemy na maila potwierdzenie, które trzeba okazać w porcie w biurze, żeby uzyskać faktyczny bilet. A! Zapomniałem dodać, że podane wyżej ceny dotyczą przejazdu tylko w jedną stronę. Zatem – super tanio nie jest 🙂
2. Samolot. Ta opcja działa jednak tylko pomiędzy Mahe a Praslin. Ja osobiście bardzo polecam, żeby chociaż w jedną stronę skorzystać z tego transportu. Koszt to ok. 280 zł, więc nie aż tak wiele więcej niż prom. Doświadczenie na pewno ciekawe, bo leci się takim małym samolocikiem na kilkanaście osób. Jest w nim strasznie duszno i gorąco, ale też bardzo ciekawie. Polecam łapać miejsca w pierwszym rzędzie, bo kabina pilotów jest otwarta i w zasadzie ma się ich na wyciągnięcie ręki i można obserwować cały lot z perspektywy pilota 🙂 Dodam też, że przebookowanie biletu na inny dzień kosztuje ok. 120 zł (musiałem ze względu na koronawirusa ewakuować się wcześniej). Natomiast, jeżeli na lotnisku pojawimy się wcześniej i podejdziemy do check – in, to, jeżeli na wcześniejszy lot będą wolne miejsca, pani nam zaproponuje za darmo przeniesienie na ten wcześniejszy lot (tak mi się zdarzyło).

Seszele samolot

Jedzenie

Niestety, będąc na Seszelach, w obliczu szybko rozrastającej się pandemii koronawirusa i perspektywy przymusowego pozostania na wyspach na dłużej przyjąłem mocno budżetowy styl. Co tu dużo mówić… Restauracje na Seszelach są drogie. To jest coś, czego się spodziewałem. Byłem i tak pozytywnie zaskoczony, bo okazało się, że nie aż tak drogie, jak to piszą w Internetach… no, ale jednak wciąż półka cenowa raczej wysoka. Trzeba zakładać, że obiad to wydatek minimum 100 zł. Przynajmniej takie można mieć wnioski czytając menu. Nie wiem, czy trafiłem na jakiś schyłek sezonu, ale mi zdarzyło się trzykrotnie, że cena na rachunku nie odpowiadała tej, która był w menu. Na rachunku było zawsze mniej! Ciężko mi to pojąć, ale zawsze w takiej sytuacji byłem bardzo mile zaskoczony. Polecić mogę dwie knajpy na Mahe. Pierwsza to Marie-Antoinette. Trochę głupio, bo tam nie byłem :), ale jest to najczęściej reklamowana i bardzo dobrze oceniana restauracja i sami Seszelczycy mówili, ze jak ktoś chce spróbować kreolskiej kuchni, to powinien tam zajrzeć. Druga to restauracja 5-gwiazdkowego hotelu Savoy w Beau Vallon. Skusiłem się tutaj na stek z tuńczyka, bo uznałem, że trzeba spróbować ryby, z której połowów Seszele przecież słyną. Kosztowało mnie to 76 zł (zgodnie z menu powinno kosztować 100 zł), ale wybór doskonały. Absolutnie jedna z najlepszych rzeczy jakie jadłem w życiu! Mega polecam!

Stek z ruńczyka

Przejdźmy do jedzenia budżetowego. Próba gotowania samemu niekoniecznie może się udać. Lokalne sklepiki są na ogół kiepsko zaopatrzone. Cenowo wychodzą tak sobie – 1,5l wody – ok. 5zł, lody – ok. 5 zł, 1l coli – 9 zł. Świetną alternatywą dla drogich restauracji są takeawaye. To są takie małe knajpki, gdzie jedzenie bierze się na wynos. Za porcję zapłacimy 20 – 25 zł. Wybór nie zawsze jest ciekawy, ale na szczęście da się tym najeść. Podobno kuchnia kreolska jest bardzo ostra… tak wyczytałem w Internecie. Więc, gdy za pierwszym razem sprzedawczyni zapytała mnie, czy ma być „spicy” odparłem „a little”. Później odpowiadałem już tylko „yes, please”. Ani razu, przysięgam, ani razu nie miałem potrawy, którą uznałbym za choć trochę pikantną, o ostrej nawet nie wspominając. Jedzenie jest, jak na mój gust, bardzo łagodne i nie ma się co bać gdy nas pytają, czy ma być „spicy”. Warto jeszcze wspomnieć, że hotele i pensjonaty w cenie zazwyczaj dają śniadania. Ponieważ Seszele to była kolonia francuska, to śniadania są, niestety, na słodko. Zawsze mamy talerz owoców, a później jakieś słodkie drzemiki, rogaliki i inne takie. Ja już tej słodyczy miałem serdecznie dość.

Take away

Do picia… Cóż… Alkohol jest drogi. Piwo ala sikacz w sklepie kosztuje ok. 16 zł. Za to na pewno trzeba spróbować kokosa! Wystarczy pójść na dowolną (no prawie) plaże, a na pewno ktoś będzie sprzedawał świeże kokosy. Cena za sztukę to 50 rupii. Niestety, nie napijemy się. Taki kokos to zazwyczaj kilka porządniejszych łyków i koniec. Ale polecam, bo jest smaczne, ładnie się prezentuje i świetnie uzupełnia rajski klimacik.

Kokos

Zwiedzanie

Na Seszele jeździ się dla przepięknych plaż. Na ich temat naskrobałem osobny artykuł. Seszele jednak to nie tylko plaże. Ze względu na bardzo prężnie działającą ochronę środowiska, jest tutaj wiele parków narodowych i szlaków trekkingowych. Od razu uprzedzam, że trekking w tak gorącym i wilgotnym klimacie rzadko jest przyjemny, ale mimo wszystko, gdy już się plażingiem znudzimy, może to być całkiem fajne urozmaicenie wyjazdu.

Seszele

Mahe

Na głównej wyspie szlaków trekkingowych jest całkiem sporo. Ja operowałem głównie w rejonie Parku Narodowego Morne Seychellois, więc to na jego temat mogę napisać najwięcej. To jest jedno z tych miejsc, gdzie warto mieć wynajęte auto, bo droga przejeżdżająca przez ten teren jest jedną z najmniej uczęszczanych. Autobus jeździ bardzo rzadko, więc alternatywą pozostaje autostop. Ja właśnie na stopa przejechałem park w jedną i drugą stronę. Bardzo popularne miejscówki, do których łatwo dotrzeć i nie trzeba się nigdzie wysilać to Venn’s Town Mission Lodge oraz Tea Factory. To pierwsze to ruiny szkoły założonej przez misjonarzy w XIX w. i stanowią jeden z najważniejszych zabytków na wyspach. Turyści przybywają tu jednak głównie dla łatwo dostępnej platformy widokowej. Tea Factory, to jak nazwa wskazuje fabryka herbaty. Podobno można ja zwiedzać, ale ja byłem chyba zbyt wcześnie rano (koło 9), bo było zamknięte. Obok są pola uprawne herbaty z wytyczonym szlakiem. Teren jest na tyle duży, że przejście całego mogłoby być zbyt nudne i męczące, ale na krótki spacer można się przejść. Wadą jest brak schronienia przed słońcem.

Pola herbaty
Pola herbaty obok Tea Factory.

Fajną opcją jest za to możliwość zdobycia najwyższego szczytu Seszeli, gdzie ulokowana jest kolejna platforma widokowa, Morne Blanc. Technicznie wspinaczka jest bardzo łatwa, ale, niestety, klimat sprawia, że jest bardzo męcząca. Koniecznie trzeba zabrać ze sobą zapas wody. Wejście na szczyt nie powinno zająć więcej jak godzinę. Plus jest taki, że idzie się cały czas środkiem lasu tropikalnego, więc jest cień, jest klimat ala Indiana Jones, są ładne ptaszki, jest fajnie. Na pewno zauważycie, że większość turystów bierze ze sobą lokalnych przewodników. Moim zdaniem jest to totalnie bez sensu, bo jak wspomniałem, trasa jest łatwa. Dopiero pod sam koniec ciężko jest ocenić którędy prowadzi szlak, ale po kilku minutach błądzenia, trochę na czuja, powinniście trafić w odpowiednie miejsce. Po prostu, gdy droga stanie się dla was za trudna, to znaczy, że idziecie źle. Szlak jest dość popularny, więc zawsze można poczekać, aż ktoś będzie was mijał i iść za nim 🙂 Widok ze szczytu jest wart wysiłku!

Ostatnią opcją trekkingową są wodospady. Ja wybrałem sobie wodospad Grand Anse. Polecam tutaj ponownie maps.me, które pokazuje szlak, w przeciwieństwie do map Google. Czy polecam? Hmmmm….. Niby dotarłem do jakiegoś wodospadu… Przynajmniej tak mi się wydawało… Był on jednak tak mały i słabo widoczny, że pewności nie mam… 🙂 Łatwo się chyba domyślić, czy polecam 🙂

Grand Anse waterfall.
Tam w tle to jest ten niby wodospad.

Na Mahe warto spędzić też z godzinkę, może dwie w stolicy, czyli Victorii. Miasto ma fajny, kolonialny klimacik. Jest zdecydowanie największą osadą na wyspach. Mają nawet coś na wzór supermarketu! Nie przywiązywałbym się jednak jakoś szczególnie do myśli, że koniecznie trzeba na to miasto poświęcać więcej czasu. Największe atrakcje to mała wieża zegarowa przypominająca Big Bena na skrzyżowaniu ulic oraz dziwnie niepasująca do otoczenia świątynia buddyjska.

Victoria Clocktower

Praslin

Tutaj mamy dwa główne miejsca do połażenia. Pierwszym jest niezwykle popularny Vallee de Mai. Jest to najsłynniejszy park narodowy na Seszelach. Jego główną atrakcją są palmy lodoicji seszelskiej i orzechy Coco de Mer. Park jest przygotowany na turystów. W jego obrębie wyznaczone są trasy, są przewodnicy, których można wynająć za gruby hajs, są służby porządkowe, no i są też bilety wstępu. Koszt wejściówki to 350 rupii. Moim zdaniem, dużo. A nawet bardzo dużo. Całość to po prostu las palmowy. Jego obejście ponoć zajmuje 3 – 4 godziny. Ja obszedłem wszystkie trasy łącznie w dwie godziny. Ponoć można tam obserwować różne jaszczurki, ptaszki i inne takie. Ja nie widziałem żadnego zwierzęcia oprócz dwóch, średnio ciekawych pająków. Większość trasy jest płaska, więc sam spacerek jest dość przyjemny. Polecić mi jednak ciężko. Nie bawiłem się na tyle dobrze, by uznać prawie 100 zł za wstęp za dobrze wydane pieniądze…. Alternatywą może być druga miejscówka – rezerwat Fond Ferdinand. Nie byłem tam. Słyszałem tylko od turystów i miejscowych, że to prawie to samo, a wejściówka znacznie tańsza. Może zatem warto rozważyć mniej mainstreamową opcję?

Vallee de Mai
Vallee de Mai.

La Digue

Na la Digue głównym parkiem jest L’Union Estate Park. I, jeżeli chcecie zobaczyć najpiękniejszą plażę na Seszelach, to na pewno do tego parku wejdziecie (lub wjedziecie, bo po terenie można się poruszać rowerem). Wstęp kosztuje 115 rupii. Raz kupiona wejściówka obowiązuje cały dzień. Można bez przeszkód wchodzić i wychodzić. Teren parku jest całkiem spory, atrakcji też jest niemało, a wszystko, jak podkreślają tamtejsi pracownicy, w ramach tylko jednego biletu! Aż chce się krzyknąć: wow! Trochę się nabijam, ale miejsce w rzeczywistości jest naprawdę fajne. Oprócz słynnej i przepięknej Source d’Argent, możemy podziwiać też inne mniejsze, ale również piękne plaże z widokiem na np. Praslin. Przejdźmy do pozostałych atrakcji. Wśród nich jest historyczny cmentarz, gdzie pochowani są pierwsi osadnicy. Bardzo fajne i wyjątkowo fotogeniczne miejsce. Stare nagrobki w cieniu tropikalnych roślin. Super! Dalej mamy stare młyny, wokół których realizowane są pokazy, jak to drzewiej bywało… ale w niedzielę nie są one organizowane. Kolejna atrakcja to całkiem spora plantacja wanilii, co również jest dość ciekawe, jak ktoś wcześniej się z tym nie spotkał. Ale zdecydowanie największą furorę robią żółwie. Podobno jest to ten sam gatunek, co na Galapagos. Olbrzymie okazy, liczące po 100 – 200 lat są symbolem Seszeli. Zagroda dla nich znajduje się u stóp gigantycznego monolitu Giant Union Rock. Na jego szczyt podobno można wejść (a przynajmniej widziałem zdjęcia ludzi będących na górze), ale nigdzie żadnego „szlaku” albo jakiejkolwiek drogi nie znalazłem (więc możliwe, że zdjęcia były robione na nielegalu).

Żółwie Seszele

Informacje praktyczne

  • Jest bardzo gorąco. No może nie tyle gorąco, co klimat jest bardzo wilgotny. Może trafiłem na złą porę roku (marzec), ale naprawdę, dla mnie Seszele były momentami straszną męczarnia. Każdy spacer nawet kilkuminutowy kończył się totalnie przepoconą koszulką, oczami zalanymi potem itp. itd. Nie wiem, jak sobie z tym radzić, po prostu informuję, że tego można się spodziewać… szczególnie, jak się ktoś wybierze na trekking.
  • Bardzo wiele hoteli i pensjonatów nie ma darmowego wifi. Radzę mocno zwracać uwagę na to, gdy rezerwujecie pokój. Mniej więcej 30% hoteli nie ma wifi w ogóle, a kolejne 30% każe sobie płacić dodatkowo. Ceny to 6 – 15 euro za dzień. Warto więc poszukać miejscówek z darmowym wifi w pakiecie, żeby się nie zdziwić. Inna sprawa, że wifi i tak jest zazwyczaj kiepskie. Ja starałem się pracować zdalnie na Seszelach. Dopóki nie musiałem się wdzwaniać na jakąś telekonferencję, było spoko. Jednak każda próba pogadania z kimś na słuchawkach kończyła się totalną klapą, Internet nie dawał rady. Było tak zarówno na Mahe, jak i na Praslin.
  • Myślę, że warto rzucić parę groszy więcej i mieć hotel w pobliżu plaży. Ja np. na Mahe wziałem hotel, który był dość wysoko w górach. Widok przepiękny, ale każde wyjście do sklepu to była katorga, no i wszędzie musiałem się tarabanić autobusami, co zabierało czas. Na Praslin miałem na plażę już znacznie bliżej, jakieś 5 minut spacerem, ale, niestety, plaża była najgorszą ze wszystkich. Teraz, z perspektywy czasu, wolałbym dorzucić 30 – 40 zł więcej za noc i spać w pobliżu Beau Vallon albo Anse Lazio 🙂
  • Każdy mówi po angielsku. Problemów z komunikacją mieć nie powinniście.
  • Chyba warto mieć coś przeciwko owadom. W momencie, gdy piszę te słowa, jestem parę dni po powrocie i zmagam się z jakąś swędzącą wysypką. Objawy są trochę podobne do dengi, a trochę do ospy. Jestem przekonany, że pogryzły mnie seszelskie muszki lub komary w trakcie mojej pracy zdalnej na balkonie. Średnio przyjemna sprawa…
Sklep Seszele
Lokalny sklep 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *