Objazdówka po Armenii – to trzeba zobaczyć!

Armenia miała być trochę na doczepkę w trakcie mojej podróży po Kaukazie. Okazała się prawdziwą perełką! Do dziś jest to jedno z państw, które wspominam najmilej.

Logistyka

Siatka połączeń lotniczych do Erywania powoli się zwiększa, wciąż jednak łatwiej i taniej dostać się do Gruzji. Tam bez problemu można wynająć samochód i przejechać do Armenii. Jedyny warunek to poinformowanie wypożyczalni o zamiarze wyjazdu za granicę. Własny samochód to zdecydowanie najlepszy sposób podróżowania po tym kraju. Głównie ze względu na dość ubogą infrastrukturę i słabe połączenie autobusowe. Można próbować szukać na miejscu samochodu z kierowcą, który spędzi z nami kilka dni obwożąc tu i ówdzie. Taka opcja z jednej strony jest dość tania, jeżeli się dobrze dogadamy i trafimy na uczciwego kierowce, ale może się też skończyć tak, że facet będzie udawał, że się źle zrozumieliście i połowie drogi zacznie żądać dodatkowych pieniędzy. Ewentualna kłótnia może skończyć się różnie. Sam spotkałem turystów, którym kierowca kazał wysiąść, bo nie chcieli mu dopłacić.

Armenia

W przypadku podróżowania własnym autem warto wiedzieć, że drogi są darmowe, ale zazwyczaj dość kiepskie. Nagłe wyrwy o głębokości nawet i pół metra są tutaj czymś normalnym. Zdecydowanie nie polecam się rozpędzać, bo może się to skończyć poważnym wypadkiem. Nie chcę jednak demonizować. Jeżeli ktoś był wcześniej w Gruzji, to dla porównania – gruzińskie drogi są jeszcze gorsze. Na plus na pewno kultura jazdy. W porównaniu z Gruzją i Azerbejdżanem, tutaj kierowcy jeżdżą bardzo europejsko. Nie ma wymuszania, nie ma przekraczania prędkości, nie ma niespodziewanych zwrotów akcji na drodze, pełna kulturka. Paliwo jest ok. 20% tańsze niż w Polsce. Na stacjach benzynowych zazwyczaj jest ktoś, kto nalewa paliwo. Płaci się praktycznie zawsze gotówką.

Erywań

Warto pamiętać, że Armenia i Azerbejdżan za bardzo się nie lubią. Gdy ktoś planuje zwiedzić oba kraje lepiej najpierw pojechać do Azerbejdżanu, bo nie zostaniemy tam wpuszczeni z pieczątką z Armenii. Natomiast przy próbie wjazdu do Armenii na granicy wszystko szło pięknie i gładko, dopóki strażnik nie zauważył, że byłem wcześniej w Azerbejdżanie. To było bardzo ciekawe, bo kilkukrotnie postukał palcem po pieczątce, potem odchylił się do drugiego strażnika, pokazał mu, gdzie byłem, coś tam pogadali… i zaczął się wywiad. Po co tam byłem, jak długo tam byłem, po jaką cholerę przyjeżdżam do Armenii itd. itp. Musiałem podać adres, gdzie będę nocował (na szybko coś znalazłem na bookingu, bo nic nie miałem zarezerwowane, planowałem namiot), musiałem podać numer telefonu, określić dokładnie kiedy wyjadę z Armenii i jeszcze parę innych rzeczy, ale skończyło się dobrze – mogłem wjechać.

Jedzenie

No i tu mam trochę problem 🙂 Nie za bardzo mieliśmy okazję, by próbować lokalnej kuchni. Widać, że Armenia dopiero zaczyna się uczyć turystyki, a sami Ormianie nie są na tyle majętni, by jadać w restauracjach. Infrastruktura jest bardzo uboga. Czasem nawet ze znalezieniem sklepu mieliśmy problem. W Armenii dużo jest upadłych biznesów. Co i rusz trafiają się odrapane budyneczki oklejone szyldami, ale przy bliższym poznaniu okazuje się, że drzwi zamknięte na głucho, a przez szybę dostrzec można totalną pustkę.

Armenia

Kuchnia armeńska jest bardzo podobna do tej azerskiej i gruzińskiej. Ma jednak dwie wady… jest mniej smaczna, gorzej przyprawiona i jest droższa. W Azerbejdżanie można było zjeść obiad dosłownie za kilka złotych, w Gruzji za ok. 10 – 15 zł, a w Armenii to już 20 zł. Chyba najpopularniejszym daniem jest kebab. Wygląda on tak samo jak w Azerbejdżanie i w menu często figuruje właśnie jako „kebab”, ale w rzeczywistości jest to typowa ormiańska potrawa o nazwie „sudżuk” i przypomina trochę dziwną kiełbaskę. Proszę się nie sugerować Internetem, który często twierdzi, że sudżuk to orzechy z sokiem z winogrona. To nie to samo! Bardzo popularna jest także dolma, czyli takie gołąbki (jeśli chodzi o farsz) w papryce. W Azerbejdżanie jest dokładnie to samo pod tą samą nazwą, tyle, że zamiast papryki mamy całość zawiniętą w liście winogron. Ostatnim bardzo popularny daniem jest chorowac, który w menu często znajdziemy jako „szaszłyk”. Jest to po prostu grillowane mięso baranie i jak mam być szczery nie bardzo mi smakowało.

Dolma

Pomijając dania obiadowe, typowy dla Armenii jest lawasz. Jest to tutejszy cienki chleb z mąki pszennej, z wyglądu przypominający tortillę, ale w smaku trochę inny. Bardzo dobry, ale miałem wrażenie, że mógłbym go jeść i jeść a uczucia sytości bym nie zaznał 🙂

Kuchnia armeńska
Szaszłyki. Te cienkie kawałki ciasta to właśnie lawasz.

Picie w Armenii moim zdaniem nie różni się specjalnie od sąsiednich państw. Jedyne, co uznałbym za bardzo popularne, a nie spotykane w Polsce to tan. Jest to napój wytwarzany z połączenia jogurtu i wody, lekko sfermentowany i lekko musujący. Ormianie ponoć bardzo lubią pić koniak, ale jakoś nie było okazji. Udało mi się za to spróbować ormiańskich win… no szału nie robią. Gruzja jest tutaj zdecydowanie smaczniejsza. Za to bardzo smakowało mi ormiańskie piwo „Ararat”, zdecydowanie polecam!

Objazdówka

Armenia miała być krajem, na który najmniej się nastawialiśmy. Planowaliśmy w pełne 4 dni objechać całość, popatrzeć, porozglądać się, porobić zdjęcia i zapomnieć. No bo co tam jest do oglądania? Same klasztory przecież, nie? Straszny błąd. Owszem da się Armenię zwiedzić w 4 dni, ale wyjeżdżając będzie się czuło olbrzymi niedosyt. Armenia jest super! Każdy klasztor ma w sobie coś unikalnego, żaden nie jest strzeżony, wszystkie są wciąż używane do odprawiania różnych obrzędów. Można przy tym eksplorować do woli, wchodząc nawet do „zakrystii”, gdzie można podejrzeć jakie buty ubiera pop na mszę. Cała otoczka, umiejscowienie klasztorów w trudno dostępnych, ale przepięknych miejscach, sprawia olbrzymie wrażenie. Wciąż jest tu mało turystów (a przynajmniej dużo mniej niż w Gruzji), przez co zwiedzanie jest znacznie spokojniejsze. Poniżej nasza trasa i opis najpiękniejszych / najciekawszych miejsc.

1. Monaster Sanahin

Pierwsze zderzenie z Armenią nie było zachwycające. Sanahin to jedno z niewielu miejsc, gdzie mieszkańcy spodziewają się turystów, a co za tym idzie na drodze dojściowej do monasteru dużo jest różnego rodzaju straganów. Nazwa „Sanahin” oznacza „starszy niż tamten”, co odnosi się do rywalizacji z pobliskim monasterem Hachpat. Pierwszy monaster powstał tu w IV lub V wieku, ale nie przetrwał zbyt długo. Obecna budowla powstała w X w. na miejscu pierwowzoru. Najlepsze czasy monaster przeżywał w XII i XIII w., gdy był siedzibą arcybiskupa i ulubiony miejsce odwiedzin królewskiej rodziny Zakarianów. Później był pod władzą Mongołów, Persów i Rosji. Oficjalnie zakończył swoje działanie w 1920 r. W 2000 r. został wpisany na listę UNESCO. Cały zespół klasztory składa się z kilku kościołów, narteksów, seminarium i biblioteki. Większość jest ze sobą połączona, sprawiając wrażenie jednego budynku.

Sanahin

Całość wbrew pozorom nie jest duża. Monaster jest dość szczelnie otoczony drzewami, co sprawia, że wszędzie panuje półmrok. Wstęp jest chyba płatny, ale o 8 rano nikt niczego nie sprawdzał 🙂 Ze wszystkich miejsc odwiedzonych w Armenii Sanahin sprawił chyba najsłabsze wrażenie.

Sanahin

2. Monaster Kobajr

To już jest miejsce dla bardziej odważnych i mniej leniwych. Obecnie Kobajr to ruiny XIII w. żeńskiego klasztoru, umieszczonego na trudno dostępnym wzgórzu. Całość jest malowniczo otoczona (by nie napisać „pochłonięta”) roślinnością. Całość sprawia trochę opłakane wrażenie. Główny budynek jest bez dachu, widać na ścianach stare freski, które nie są w żaden sposób zabezpieczone przed zniszczeniem. Typowe ruiny, ale to było pierwsze miejsce, po którym zacząłem się zachwycać Armenią. Wejście do Kobajr jest darmowe, ale trudne. Jest to ok. 30 – 40 minut wspinaczki przez las, gdzie nie zawsze widać ścieżkę. Od niedawna podobno prowadzi tam droga, którą „jako tako” da się dojechać (albo raczej dojść). Nie dane mi było tego sprawdzić, ja się przedzierałem przez las 🙂 Fajnie, taka trochę przygoda ala Indiana Jones, wiecie, las, eksploracja, stare ruiny i totalny brak ludzi. Bardzo mi się podobało.

Kobajr

3. Sewanwank

Przepięknie ulokowany klasztor, do którego dojazd jest na tyle dobry, że turystów jest już dość sporo. Zbudowany został w IX w. i pierwotnie znajdował się na wyspie. Radziecka polityka trochę zmieniła tutejszą geografię i dziś mamy tu półwysep. Zespół klasztorny składa się z dwóch czynnych kościołów. W okolicy można czasem zobaczyć spacerujących mnichów. Na wejściu do środka prowadzona jest selekcja – krótkie spodenki, spódniczki, czy bluzki na ramiączkach są niedozwolone. Całość jest bardzo fotogeniczna. Nawet powiedziałbym, że sam klasztor aż takiego wrażenia nie robi, co widoczki z półwyspu. Wadą jest właśnie spora ilość turystów i nachalność tutejszych naganiaczy. Właściwie to chyba jedyne miejsce, gdzie byliśmy zaczepiani, by coś kupić albo żeby wynająć kogoś do transportu. Na szczęście tłumy są zazwyczaj leniwe i wszyscy tłoczą się przed głównym wejściem. Gdy się przejdzie na tyły klasztoru i na dalsze tereny półwyspu, można w ciszy i spokoju posiedzieć w samotności.

Sewanwank

Sewanwank nazywa się tak, a nie inaczej, bo jest położony nad jeziorem Sewan. Bardzo malowniczym i bardzo turystycznym jeziorem. Dookoła mnóstwo jest różnych kurortów. Nie są one super luksusowe, pamiętajmy, że Armenia to biedny, postradziecki kraj, ale i tak można wynająć motorówkę i poczuć się jak nad Bałtykiem. Jezioro Sewan jest drugim, największym na świecie jeziorem górskim. Szczególnie zwracam uwagę na słowo „górskim”. Ulokowane jest na wysokości 1900 m n.p.m., a to oznacza, że nie jest szczególnie ciepłe. Dodatkowo w nocy temperatura potrafi mocno spaść. Jest to istotne, gdy ktoś próbuje spać w namiocie. My właśnie nad Sewanem się rozbiliśmy i była to najzimniejsza noc w trakcie naszej podróży po Kaukazie, naprawdę ostro nas przepiździło.

Sewan

4. Chyndzoresk

Tuż obok nowej, niczym się nie wyróżniającej wsi Chyndzoresk znajduje się stara wieś Chyndzoresk. Jest to coś unikalnego na skalę światową. Wciąż mało znane i mało popularne miejsce. Jest to osada zamieszkiwana niegdyś przez 20 tysięcy ludzi. Nie byłoby to takie wow, gdyby nie to, że jest to osada wykuta w skale! Dojazd nie jest prosty, w większości trzeba będzie się telepać drogą gruntową, aż dojedzie się do parkingu, który już wygląda całkiem nieźle. Potem po schodach w dół, w dół, w dół… aż dojdziemy do mostu wiszącego nad wąwozem. Jest on też niemałą atrakcją, ale dla mnie ważniejszy był widok. Setki jeżeli nie tysiące dziur w skałach. Ludzie mieszkali tu jeszcze w latach 60. XX wieku! Radziecka polityka jednak coraz bardziej zmuszała do przenoszenia się do „nowej wsi”. Skalne miasto powoli pustoszało, aż stało się całkowicie wymarłe i zapomniane, oczywiście, do czasu, gdy zostało odkryte przez turystów. Dziś widać, że powoli coś się zmienia, że zaczyna się inwestować i pewnie niedługo będzie to obowiązkowy punkt na turystycznej mapie Armenii. Polecam pospacerować, bo można się też natknąć na mały, ale bardzo malowniczy kościółek, a ciekawych miejsc pewnie jest więcej, ale kto by to wszystko obszedł 🙂

Chyndzoresk

5. Monaster Tatew

Jedno z najsłynniejszych miejsc w Armenii. Mimo to turystów nie było aż tak dużo. Domyślam się, że to z powodu dość dużej odległości i bardzo słabego dojazdu. Droga jest zwyczajnie kiepska, ale widzieliśmy Nissana Micrę, który z problemami, ale dał radę wjechać, więc niech to nie będzie dla was wymówka. Monaster usadowiony jest w typowo obronnym miejscu, nad kanionem rzeki Worotan. Powstał w X w. i od początku był centrum kulturalnym i politycznym regionu. W najlepszym okresie przebywało tu ok. tysiąca mnichów. Kompleks nie miał lekko. Został splądrowany przez Turków oraz dwukrotnie poważnie ucierpiał w wyniku trzęsień ziemi. Zdecydowanie polecam, nawet jeżeli sam monaster nie jest aż tak piękny, to jego umiejscowienie zapiera dech.

Tatew

6. Zorac Karer

Ostatnio coraz częściej pojawia się druga nazwa – Karahundż. Jest to taki ormiański Stonehange, czyli megalityczne struktury, które powstały ok. 7500 lat temu. Oznacza to, że od angielskiego odpowiednika są starsze o 3500 lat! Tutejsze kamienie mają do 3 m wysokości. Ułożone są w kręgi i pętle. Niektóre mają wywiercone otwory o średnicy 5 – 7 cm. Najprawdopodobniej całość służyła jako obserwatorium astronomiczne. Jest to również miejsce rzadko odwiedzane przez turystów. Ciężko się dziwić, bo leżące kamienie nie są jakoś super ciekawe. Mimo to polecam, bo miejsce na pewno bardzo unikalne i, jak wszystko w Armenii, malowniczo położone.

Zorac Karer

7. Klasztor Norawank

Uznawany za jeden z najciekawszych i najpiękniej położonych w Armenii. Zbudowany został w XIII w., a odrestaurowany w 1990 r. Główną atrakcją jest dwukondygnacyjny kościół Matki Boskiej. Na piętro prowadzą wąziutkie zewnętrzne schody. Oczywiście wszędzie można wejść, nie ma żadnych barierek, nikt tego nie pilnuje. Na kompleks składa się jeszcze kościół św. Jana Chrzciciela oraz mnóstwo chaczkarów. Całość jest naprawdę wspaniała i szczerze przyznam, że to jedno z moich ulubionych miejsc w tym kraju.

Norawank

8. Monaster Chor Virap

Prawdziwy symbol Armenii! Chyba najczęściej fotografowane miejsce w kraju. Jest ulokowany bardzo blisko granicy z Turcją, na tle świętej na Ormian góry Ararat. Przepiękne miejsce! Do dziś jest bardzo ważnym miejscem kultu, non stop odbywają się tutaj śluby i chrzty. W Chor Virap uwięziony został święty Grzegorz Oświeciciel przez króla Armenii, Tyrdatesa III. Gdy król zachorował, święty go wyleczył, co przekonało władcę do przyjęcia chrztu w 301 r., dzięki czemu Armenia stała się pierwszym chrześcijańskim krajem świata. Grzegorz spędził w celi 12 lat. Co ciekawe jest ona udostępniona dla turystów. Jest to zwykła studnia, do której przez dziurę w podłodze prowadzi wąska drabina. Zdecydowanie odradzam szpilki, może się to źle skończyć, a jak zwykle nikt niczego tutaj nie pilnuje. Sam monaster jest stosunkowo mały i nie licząc celi świętego Grzegorza, niezbyt ciekawy, ale te widoki… Monaster na tle Araratu prezentuje się wspaniale! Turystów jest sporo, ale szczerze przyznam, że spodziewałem się więcej. Szalonych tłumów zdecydowanie nie ma.

Chor Virap

9. Pomnik ludobójstwa w Erywaniu

Gdy dotarliśmy do stolicy, mieliśmy za sobą tyle przygód, tyle wspaniałych, odwiedzonych miejsc, że uznaliśmy za stratę czasu chodzenie po mieście, które na pierwszy rzut oka było szare, brudne i nieciekawe. Mieliśmy w planach przejście się na Plac Republiki, pospacerowanie ulicą Prosziana, ale skończyło się na odwiedzeniu tylko jednego miejsca – pomnika ludobójstwa. Ostatnio częściej pojawia się nazwa Cicernakaberd, czyli „Twierdza Jaskółki”. Bardzo smutne, ale jakże piękne miejsce. Opowiadające o strasznych chwilach narodu ormiańskiego. Cały kompleks, to oprócz wiecznego ognia, także cała polana małych świerków, które na upamiętnienie tamtych wydarzeń zasadzili przywódcy różnych państw świata. Nam udało się znaleźć drzewka Aleksandra Kwaśniewskiego, Donalda Tuska i Jana Pawła II. Ponieważ pomnik ludobójstwa jest ulokowany na wzgórzu nad Erywaniem, mamy piękny widok na całe miasto.

Pomnik ludobójstwa

10. Katedra w Eczmiadzynie

Największy tego typu kompleks w Armenii. Swoisty „Watykan” Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Siedziba najważniejszych władz kościelnych. Cały kompleks jest faktycznie bardzo duży. Mamy tu katedrę, akademię, rezydencję katolikosa, bibliotekę, synod oraz różne inne budynki w tym mieszkania dla mnichów. Katedrę zaczęto budować już w 301 r. Cały kompleks był wielokrotnie niszczony przez najeźdźców. Przyjmuje się, że obecna katedra pochodzi z 480 r., przy czym wielokrotnie musiała być odbudowywana. My też mieliśmy pecha, bo akurat był remont i nie można było wejść do środka. Naprawdę jest tutaj co zwiedzać i sam mam poczucie, że wszystkiego nie widziałem. Po całym kompleksie chodzi dużo osób. Turystów jest raczej mało. Wydaje się, że zdecydowaną większość stanowią ormiańscy pielgrzymi.

Eczmiadzyn

11. Forteca Amberd

Kolejne przepięknie ulokowane miejsce. Forteca to w zasadzie ruiny pochodzące z XI w. Tuż za fortecą znajduje się mały kościółek. Bardzo dobrze wspominam to miejsce, bo rozbiliśmy namiot tuż obok i w nocy chodziliśmy po opuszczonych ruinach. Ze względu na dużo ilość nietoperzy i panujące w niektórych miejscach straszne ciemności było… super! 🙂 Forteca jest teoretycznie pilnowana, ale tak naprawdę można robić co się chce, w tym wchodzić po gruzach na zniszczone wieżyczki. Uwielbiam tą ormiańską wolność, ale trochę mi się wydaje, że turyści wkrótce zadeptają te wszystkie zabytki.

Amberd

12. Aragac

Najwyższy szczyt Armenii. Okazja, żeby przy okazji zdobyć pierwszy czterotysięcznik w życiu. Wejście jest bardzo łatwe i da się to zrobić w jeden dzień. Więcej na ten temat napisałem tutaj.

Oczywiście wspaniałych, unikalnych miejsc w Armenii jest dużo więcej. Klasztory są naprawdę niesamowite. Każdy ma w sobie coś niezwykłego i każdy jest ulokowany w górach w takich miejscach, że aż chce się robić zdjęcia. Czasem wystarczy zapuścić się kawałek dalej, by trafić na coś, czego nie było na liście a okaże się niemałą i bardzo przyjemną niespodzianką, jak np. karawanseraj Selim. Armenię polecam z całego serca, jeden z najpiękniejszych krajów jakie miałem okazję zwiedzić.

Selim

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *